Sięgając Chmur - Puerto de las Palomas – 1/50
Podróż zaczęła się jak każda inna… Pakowanie na szybko, awaria roweru i prędka naprawa przed włożeniem go do walizki, zapomniany sprzęt dokupiony w drodze na lotnisko, opóźniony lot, problem z odbiorem auta, pozamykane sklepy w okolicy hotelu, pozostało pięć godzin na sen. Klasyk. Tylko jedno poszło zgodnie z planem – woskowanie ramy produktami WaxBike. Rama była czysta, zabezpieczona i gotowa na to, co miało nadejść.
Plan na środę był prosty – wstać o 6:00, wyruszyć przed wschodem słońca, przejechać 210 km i 4700 m przewyższenia, zaliczając trzy podjazdy, w tym Puerto de las Palomas od strony miejscowości Zahara i zjazd w stronę Sierra de Grazalema. Pierwszy z pięćdziesięciu podjazdów projektu Sięgając Chmur był w zasięgu ręki.
Sen obrócił się w dramat. Wiatr sięgający 130 km/h, który zrujnował Portugalię, zabił ludzi i przyniósł śnieżycę w Hiszpanii, chciał roznieść okolicę. Hałas, trzaski, trzęsące się okna. Pobudka. Rano zerwało prąd podczas przygotowań, a po wyjściu krople deszczu były tak rozpędzone, że aż bolało. Ubrany, przygotowany, w kurtce przeciwdeszczowej z kapturem założonym na kask, wyruszyłem. Pierwsze 15 km to zjazd – idealnie, żeby zmoknąć i zamarznąć do kości. Później przejazd przez Marbellę i podjazd: 25 km i 1000 metrów w górę. Wymęczający podjazd w strugach deszczu, potokach na asfalcie i wietrze nie do opisania. Przysięgam, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z takimi podmuchami. Huragan Kristin powitał mnie całą swoją mocą.

Podjazd zakończyłem po dwóch godzinach. Czekało mnie wypłaszczenie na szczycie góry – niewinne trzy kilometry w miarę płaskiej szosy. Co może pójść nie tak? Byłbym zapomniał, że na podjeździe zaliczyłem już podbramkową sytuację, kiedy wiatr wepchnął mnie na środek drogi, a chwilę później zatrzymał i obalił rower. Tutaj jednak, na szczycie, sytuacja osiągnęła poziom realnego zagrożenia.
Jakieś 200 metrów przed szczytem, na środku drogi – centralnie na linii oddzielającej pasy ruchu – stała mała, dygocząca owieczka. Ja pierdzielę… skąd tutaj to maleństwo? Wyciągam kamerę, woda zalewa mi kieszeń kurtki, podnoszę głowę, a ona biegnie w dół drogi i znika we mgle, zanim zdążyłem wcisnąć przycisk nagrywania. Dziś myślę o tym z uśmiechem. Ostrzeżenie? Dalekie mi są wszelkie wiary, ale przyrodę i jej sygnały noszę głęboko w sercu.
Wjeżdżam na szczyt. Licznik pokazuje koniec podjazdu. Wyjeżdżam zza skał na otwartą przestrzeń i… wiatr nie pozwala mi jechać, nie pozwala iść, nie pozwala stać. Podmuchy sprawiają, że nie jestem w stanie utrzymać się na nogach. Przejeżdżające samochody albo trąbią, albo zatrzymują się, by pomóc. Zmieciony z planszy. Czy to dalej okolice Marbelli, czy już inny świat?

Miałem wybór – czołgać się przez trzy kilometry lub rzucać rowerem jak kotwicą, wychłodzić się ekstremalnie i w takim stanie zacząć 20-kilometrowy zjazd, wiedząc, że tą samą drogą będę wracał. Albo przełknąć gorycz porażki i zawrócić. Rozsądek czy ambicja?
Powiedzmy sobie szczerze. W sztormie statki nie wypływają, w burzę samoloty nie startują, przy gołoledzi wiele spraw się odwołuje. Nawet mój lot był opóźniony przez pogodę. A podczas huraganu siedzi się w domu z herbatą w dłoni, kotem na kolanach i ogląda film. W taką pogodę nie stoi się na szczycie góry, przemoczonym do suchej nitki, w wietrze o sile huraganu, z zamiarem dokonania niemożliwego.
Nie wierzycie w warunki, jakie opisuję? Na moim kanale WaxBike jest film – koniecznie zobaczcie.
Zrozpaczony zawróciłem. Zjechałem 25 km, przejechałem przez miasto, wróciłem do hotelu i zasnąłem. Tak ma zakończyć się pierwsze wyzwanie? Żałosne…
Nie. Mój charakter na to nie pozwala. Jeśli wrócę do domu, wiedząc, że straciłem czas, pieniądze i zaufanie osób, które we mnie uwierzyły, a nawet nie pojeździłem rekreacyjnie, załamie się moja wola walki.
Jutro wylot. Myślę, analizuję… mam to. Cała trasa była do zrobienia spokojnie. Nie takie dystanse już jeździłem. Ale nie odpowiadam za pogodę. Przyleciałem tu, by rozpocząć projekt przejechania 50 kolarskich podjazdów. Dodatkowa trasa była moim pomysłem – kompromisem między kosztami a logistyką.

Nowy plan jest prosty: wstanę o 4:00, przejadę samochodem 100 km w jedną stronę, licząc na szczyt Puerto de las Palomas, zjadę do Zahary na rowerze i podjadę swoje. Zrobię to, co chciałem i do czego się zobowiązałem. Jeśli pójdzie sprawnie – zdążę na samolot. Odprawa o 14:00. Nie ma ani minuty zapasu. I nagle – jak grom z jasnego nieba – droga łącząca Zaharę z Sierra de Grazalema jest zamknięta z obu stron. Osuwisko przykryło szlak. Ostatnia nadzieja gaśnie. Ale nie pogodzę się z tym. Jadę.
Na miejscu faktycznie stoją zakazy wjazdu, bramki przewrócone przez wiatr, ostrzeżenia. Omijam je samochodem, wiedząc, że to już sytuacja przypałowa. Trzy kilometry drogą szerokości auta – i nie wierzę własnym oczom. Ziemia, kamienie, drzewa na drodze. Nie ryzykuję. Chcę stąd uciec. Serio się przestraszyłem. Cofam – nie ma jak zawrócić.
Nie ma już czasu na nic. Liczę, analizuję… walić to. Jadę do Zahary i coś wymyślę, choć wiem, że nie zdążę na samolot. Parkuję przy barierach z zakazem, biorę rower i jadę na szczyt, nie wiedząc, co mnie spotka. Po drodze głazy wielkości lodówki, deszcz, wiatr, gałęzie i ja.
Postanowiłem zrobić to sportowo. Jak na treningu. To już nie ambicjonalna pętla z wieloma podjazdami. To misja do wykonania. Kocham kolarstwo i chcę wrócić do domu. Wjeżdżam na szczyt, krzycząc: mamy to!

Latem to przepiękna trasa – wymagająca i lekka zarazem, z widokami zapierającymi dech. Dla mnie była to przygoda, która mnie przeorała. Zmęczenie, zimno, niewyspanie i stres odcisnęły piętno na postrzeganiu takich wypraw, a respekt do pogody zostanie ze mną na zawsze.
Kilka zdjęć, film, prezentacja koszulki od Inoni w okrutnych warunkach i wracam z tarczą. Kamera z uchwytem do ust włączona. Jadę w dół, pilnując, by się nie podpalić – podmuchy na sam koniec mogłyby sprowadzić mnie do parteru. Po drodze spotykam kozicę. Wyglądała, jakby na mnie czekała.
Piękna to była chwila, gdy dotarłem do samochodu i spojrzałem na zegarek. Zrobiłem to w takim tempie… Cały mokry jadę do hotelu – rozmontować rower, spakować wszystko, oddać samochód. Lotnisko. Teraz siedzę w samolocie i opisuję na gorąco to, co przeżyłem.
Pierwszy podjazd zaliczony. Czy był najtrudniejszy? Zobaczymy.
Tak rozpoczął się projekt Sięgając Chmur, który realizuję, promując swoją markę WaxBike. Relacja na moim kanale YouTube. Miłego oglądania.

komentarze