Dare To Be Maraton Strzyszawa. Tu błoto opowiada swoje historie.

Cała historia zaczęła się od mojego syna. 

To on miał się ścigać. 

Maraton odbywał się kilkadziestąt minut od naszego domu, więc plan był prosty. Wsiadamy w samochód, jedziemy rodzinnie na wyścig, młody startuje, tata robi zdjęcia, pogada z organizatorami, napisze później kilka zdań do portalu i wszyscy wracają do domu. Jak zwykle życie miało nieco inne plany. Kilka tygodni wcześniej odezwałem się do organizatora z propozycją współpracy redakcyjnej. Wszystko wskazuje na to, że nie skończy się ona na jednym wyścigu, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. 

W którymś momencie równie nieoczekiwanie pojawił się pomysł, żebym sam wystartował. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło. Ostatni maraton MTB jechałem kilkanaście lat temu. Mój rower pamięta czasy, kiedy koła 26 cali były standardem, a hamulce V-Brake nikogo nie dziwiły. Większość zimy spędził grzecznie czekając na lepsze czasy, a ja w tym czasie zajmowałem się głównie szosą. 

Brzmiało rozsądnie. Jak większość kiepskich pomysłów. 

Dzień zaczął się jednak świetnie. Syn wystartował w wyścigu dla dzieci i w przeciwieństwie do ojca od początku wiedział, po co tam przyjechał. Ruszył z końca swojej grupy, systematycznie odrabiał pozycje, a na finiszu wywalczył miejsce na podium. Nie będę udawał, że zachowałem pełen dziennikarski obiektywizm. Byłem zwyczajnie dumny. Przy okazji po raz kolejny przekonałem się, że organizatorzy naprawdę przykładają wagę do dziecięcej części imprezy. Dla najmłodszych nie jest to dodatek do głównego wyścigu, ale pełnoprawne wydarzenie z własnymi emocjami, własnymi bohaterami i własnymi historiami.

Foto Velonews

W międzyczasie przyszła kolej na ojca i tutaj poziom profesjonalizmu zaczął gwałtownie spadać. Jako przedstawiciel mediów dostałem możliwość ustawienia się w pierwszej linii startowej. Nie protestowałem. Wręcz przeciwnie, skorzystałem z przywileju bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Po odliczaniu ruszyłem mocno i przez krótką chwilę prowadziłem cały maraton. Tak, cały. Przez kilkaset metrów byłem pierwszy, wyprowadzałem peleton ze stadionu i mogłem udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem. Problem polegał tylko na tym, że nie miałem żadnego planu, a po około kilometrze zawodnicy przypomnieli sobie, że przyjechali się ścigać. Ja przypomniałem sobie, że przede mną jest 40 km i prawie 2000 m przewyższenia. Pierwszy podjazd szybko ustawił sytuację. Znalazłem swoje miejsce, nikt mi nie odjeżdżał, nikt mnie nie wyprzedzał, a każdy jechał własnym rytmem. Wszyscy najwyraźniej doszliśmy do podobnego wniosku- do mety jest jeszcze bardzo daleko. Od początku wiedziałem też, że mój rower nie będzie miał łatwego życia. Pod górę przegrywał masą, a na zjazdach geometrią, kołami i zawieszeniem z nowoczesnymi konstrukcjami. Nie było w tym nic odkrywczego, wiedziałem o tym jeszcze przed startem. Nie przyjechałem jednak sprawdzać sprzętu ani ścigać się z zawodnikami, którzy na MTB spędzają więcej czasu w miesiącu niż ja przez ostatnie kilka lat.

Foto Wiktor Bubniak

Początek nie wyglądał jeszcze groźnie. Było trochę błota, trochę kamieni, trochę mokrej trawy. Nic nadzwyczajnego. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero później. Nocne ulewy zrobiły swoje. Im wyżej jechaliśmy, tym bardziej trasa przestawała przypominać trasę wyścigu, pojawiały się strumienie płynące środkiem drogi, błotny kisiel, kamienie, korzenie i coraz więcej wody. W okolicach Jałowca, czyli dachu całego maratonu, stawka była już mocno rozciągnięta i większość czasu spędzałem samotnie. Kiedy ktoś zapyta mnie, czym jest MTB, pokażę mu zdjęcie z tego maratonu. Było tam praktycznie wszystko. No dobrze, prawie wszystko, bo piasku akurat nie było. Poza tym był pełen przekrój rowerowego świata. Korzenie, kamienie, twarde błoto, miękkie błoto, mokra trawa, strumienie przecinane w poprzek, strumienie pokonywane wzdłuż nurtu, odcinki pod górę w płynącej wodzie i odcinki zjazdowe prowadzące dokładnie tym samym korytem. Największą frajdę sprawiały zjazdy przez błotne bagno. W pewnym momencie przestałem nawet próbować zachować resztki godności. Rower jechał trochę tam, gdzie chciał, a ja próbowałem jedynie negocjować warunki współpracy. Było w tym więcej kolarstwa figurowego niż jazdy na rowerze i właśnie dlatego sprawiało to tyle radości. 

Foto: Wiktor Bubniak

Przy takich warunkach bardzo szybko wychodzą na jaw wszystkie organizacyjne niedoróbki. W Dare To Be Maraton trudno było się jednak do czegokolwiek przyczepić. Oznaczenie trasy należało do najlepszych, z jakimi spotkałem się do tej pory na wyścigach MTB. Strzałki były gęsto rozmieszczone, kluczowe miejsca oznaczano podwójnie, a błędne kierunki wyraźnie zamykano czerwonymi znakami X. Trasę miałem wprawdzie wgraną do licznika, ale szybko okazało się, że nawigacja przydawała się głównie do obserwowania końca podjazdów. Gdyby nie było jej wcale, bez problemu trafiłbym do mety. 

Równie dobrze działało zabezpieczenie trasy. Wszystkie przecięcia z drogami asfaltowymi były obstawione przez wolontariuszy i strażaków, a na trasie regularnie pojawiali się ratownicy GOPR poruszający się quadami wyposażonymi w sprzęt ratunkowy. Sam widziałem ich podczas interwencji po upadku. Co ważne, organizator nie ograniczał się do obserwowania wydarzeń z miasteczka zawodów, widziałem go na trasie, przy rozjazdach dystansów i w miejscach wymagających nadzoru. Do tego sprawne biuro zawodów, konkretna odprawa techniczna, elektroniczny pomiar czasu i bardzo dobrze zorganizowane wyścigi dziecięce. To są rzeczy, których często nie zauważa się rano, ale bardzo docenia po kilku godzinach spędzonych w błocie i deszczu. 

Foto Wiktor Bubniak

Później wrócił deszcz, pojawiły się smutne chmury, a błota zrobiło się jeszcze więcej. I właśnie wtedy wydarzyło się coś dla normalnych ludzi dziwnego. Przestało mnie obchodzić, że jestem mokry, przestało mnie obchodzić, że jestem brudny. Przestałem omijać kałuże i zacząłem jechać ich środkiem jak kilkuletni dzieciak, który właśnie odkrył, że największa kałuża na podwórku istnieje wyłącznie po to, żeby w nią wjechać. Miałem z tego gigantyczną frajdę. Naprawdę gigantyczną. Ku mojemu zdziwieniu na zjazdach radziłem sobie całkiem przyzwoicie. W kilku technicznych miejscach udało mi się nawet wyprzedzić zawodników na fullach. Chwilę później zwykle odjeżdżali mi pod górę, ale nie miało to większego znaczenia, najważniejsze było coś innego. Okazało się, że technika jazdy nie znika całkowicie. Można ją zakurzyć, można o niej zapomnieć, ale gdzieś zostaje.

Po trzech godzinach pojawiły się pierwsze skurcze. Tutaj odezwało się doświadczenie zdobyte przez lata na rowerze. Pić. Jeszcze trochę pić. A potem jeszcze trochę. Na bufetach wybierałem banany zamiast batonów, które grzecznie przejechały ze mną niemal cały wyścig w kieszeni. Strategia okazała się skuteczna i po kilku minutach problem zniknął. Kilka kilometrów później zaliczyłem jedyną poważniejszą przygodę. Zmęczenie zrobiło swoje, a hamulce postanowiły przypomnieć mi pewną cechę V-Brake'ów, o której zdążyłem zapomnieć. Na mokrej obręczy najpierw dzieje się niewiele, a dopiero później zaczyna się hamowanie. Tym razem to „później” przyszło trochę za późno i efekt był łatwy do przewidzenia. Gleba okazała się twarda, kamienista i całkowicie pozbawiona wdzięku. Przez chwilę siedziałem w lesie, rozmasowując bark, udo i własną dumę. Wokół panowała kompletna cisza. Ani jednego zawodnika, ani jednego kibica. Tylko ja, rower głuchy łomot i jęk bólu. Po kilku minutach wsiadłem z powrotem na rower, bo skoro człowiek tyle się już ubrudził, to głupio byłoby nie dojechać do mety. Gdzieś później wyszło słońce. Na górskich łąkach odezwały się świerszcze. Pewnie większość zawodników nawet ich nie słyszała, ja natomiast tak i pamiętam ten dźwięk równie dobrze jak błoto. Widoki też były fantastyczne. Kilka razy miałem ochotę zatrzymać się i zrobić zdjęcie, przecież telefon leżał w kieszeni, ale nie wyciągnąłem go ani razu. Po prostu nie chciało mi się przerywać tej chwili. Kiedy rozpoznałem ostatni zjazd prowadzący do mety, wydarłem się z radości jak człowiek, który właśnie odkrył, że jednak wróci do domu o własnych siłach. 

Kilka minut później stałem na mecie. Brudny, mokry, zmęczony i bardzo zadowolony. Czekała już żona. Czekał syn. Były zdjęcia, była opowieść o podium syna i był gulasz, który smakował znacznie lepiej niż zwykle po cięzkiej pracy. Potem rower został wrzucony do samochodu dokładnie w takim stanie, w jakim zjechał z trasy. Bez mycia, bez czyszczenia i bez żadnych ceregieli. Chwilę później siedziałem już za kierownicą, nadal w kolarskich butach i nadal cały w błocie. Nie wygrałem żadnej kategorii, nie stanąłem nawet na podium. Zresztą nie przyjechałem tam po wynik. Przyjechałem sprawdzić, czy po kilkunastu latach nadal lubię MTB. Okazało się, że lubię, może nawet bardziej niż kiedyś. 

Foto Wiktor Bubniak

Jestem też wdzięczny Stryszawie i organizatorom za jeszcze jedną rzecz. Przypomnieli mi, dlaczego rower górski nazywa się rowerem górskim. Były korzenie, kamienie, błoto, strumienie płynące trasą, techniczne zjazdy i podjazdy, które nie zawsze dawały się pokonać wyłącznie w siodle. Być może właśnie dlatego bawiłem się tak dobrze. Przez czterdzieści kilometrów nie miałem ani jednej chwili wątpliwości, że jadę MTB. Nie „maraton na rowerze górskim”. Nie „szybki wyścig po szutrach”. Po prostu czyste, surowe, momentami absurdalnie błotniste PURE MTB.


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl