Rajdy dla frajdy. Dwa kolejne starty w zróżnicowanym terenie.

Rajd #5 – woj. dolnośląskie, Boguszów-Gorce, 11 maja 2019 r.

Rajd #6 – woj. lubuskie, Krosno Odrzańskie, 12 maja 2019 r.

Dolnośląski etap tegorocznej edycji "Grand Prix Amatorów na Szosie - Rowerem przez Polskę" na długo powinien utkwić w pamięci! Tym razem pasjonaci kolarstwa szosowego zmagali się z urokami Sudetów Wałbrzyskich na 120-kilometrowej rundzie ze startem i metą w Boguszowie-Gorcach. Łączne przewyższenie miało wynieść ok. 1.700 m, trzeba więc było mieć sporo odwagi i wiary w swoje umiejętności [oraz wytrzymałość], by stanąć na starcie tak wymagającej trasy. A prognozy meteo nie prezentowały się zbyt zachęcająco...

Rozpoczęło się powyżej oczekiwań. Majowe słońce na błękitnym niebie szybko wywindowało temperaturę z +1C o świcie do nawet kilkunastu stopni w czasie... powitania. Co prawda chmury zaczęły gromadzić się i przybierać na gęstości w zasadzie od samego początku, ale jednak pierwsze dwie godziny jazdy upłynęły w zupełnie przyjemnych, wręcz sprzyjających warunkach. Tym bardziej, że Uczestnicy niesieni na skrzydłach peletonu lub nieco mniejszych grupek, mknęli do przodu z nieskrępowaną radością - na fali tej euforii niektórzy mieli nawet wrażenie, że "prawie cały czas jest w dół". Wskazywałyby na to osiągane prędkości, albowiem w pagórkowatym terenie średnia oscylowała wokół 35 km/h. Na łatwiejszych technicznie zjazdach liczniki ochoczo pokazywały 70 km/h, na wypłaszczeniach takich jak np. z Krzeszowa do Kamiennej Góry - 40, a momentami nawet 50 km/h krótsze wzniesienia pokonywane były "rozpędem", a dłuższe przeważnie w tempie 25-30 km/h [faktycznie na pierwszych 60 km „w dół” było ok. 750 m, ale i ok. 450 m "w górę"].

Schody zgodnie z zapowiedziami zaczęły się po bufecie. Najpierw jeszcze szybki techniczny zjazd - w sam raz dobry na trawienie - a następnie 4 podjazdy, które bezlitośnie porozrywały zgodnie dotychczas pedałujących harcowników. Wszystko rozegrało się systematycznie i stopniowo - z Dziećmorowic do Zagórza Śląskiego razem wjechała jeszcze całkiem liczna grupa, również serpentynka spod tamy do korony J. Bystrzyckiego poszła zbliżonym tempem. Gdy jednak pojawiły się kilkunastoprocentowe ścianki za Michałkową - różnice stały się już widoczne. Jedni jechali na 100, a nawet na 200%, podczas gdy drudzy starali się zachować jeszcze trochę sił licząc  na odrobienie strat w ostatniej fazie. Ale i tak pulsometry szalały, oczy zachodziły mgłą, a w korbach było masło wymieszane z drewnem. Do tego serce i nogi drżały przed ścianą prawdy, czyli 2-kilometrowym podjazdem na Rzeczkę Górną (średnio 10%). Tam właśnie konkurentów postanowił sprawdzić "poznański góral" Łukasz Pękala - i uczynił to skutecznie, bo mimo pozostających od szczytu do mety 30 bynajmniej nie płaskich kilometrów na finiszu zjawił się samotnie pierwszy. Bezpośrednio wyzwanie podjął jedynie Dawid Koza (Kochanowice) - i ten z kolei przez 30 km "wisiał" pomiędzy liderem a grupą "pościgową". Na kolejnych miejscach zawzięcie kręciło kilku śmiałków, z których na finałowym brukowanym podjeździe najszybszy okazał się Mateusz Mrowiec (Gierałtowice).

Wśród Pań najwięcej powodów do sportowej satysfakcji miała pochodząca z tych stron Agata Korczyńska (aktualnie... Poznań!), która lekko i zwinnie pokonywała podjazdy wzbudzając podziw i zazdrość, szczególnie u nieco cięższych kolegów. Z kolei pozostawione z tyłu koleżanki nie krzywdowały sobie zanadto, zgodnie twierdząc, że właśnie zaliczyły jedną z piękniejszych i bardziej wymagających tras w życiu. Jako druga linię mety minęła Katarzyna Borkowska-Dudman (niezmiennie z Warszawy), a jako trzecia Urszula Harkawa z Nysy, która pod wpływem emocji dołożyła sobie na trasie małą pętelkę z dodatkowym podjazdem.

Mimo ogromnego zmęczenia wrażeń po rajdzie było mnóstwo, a w kuluarach przewijały się różne propozycje w kategorii „co się będzie śnić po nocach”. Pewnie największe szanse w walce o to miano mają usytuowane na trasie podjazdy – bezlitosna Rzeczka Górna czy ostry, częściowo wybrukowany finisz w Boguszowie-Gorcach, a może z pozoru niewinna Michałkowa. Ale w pamięć z pewnością również zapadną odcinki poprowadzone z dala od utartych szlaków i malownicze sudeckie pejzaże (w tym obowiązkowe o tej porze roku „rzepakowe łąki”). Były dobre asfalty i mocna jazda we frajdownym towarzystwie, były łatwe i szybkie zjazdy – ale też i takie trudniejsze technicznie, nieco karkołomne. Były skurcze, pot i łzy, chwile euforii i zwątpienia, zaciskanie zębów i dłoni na klameczkach tańczącej na wodzie kierownicy – bo przecież w trzeciej godzinie wyraźnie się ochłodziło, a w czwartej porządnie się rozpadało. Jeśli zaś czegoś nie było – to trzeba to wymyślić, a rajd powtórzyć!

Z kolei lubuskie Nadodrzańskie Łąki Umajone w oczekiwaniu na weekend postanowiły nabrać nieco wody i popłynąć wartkim strumieniem. Przez kilka dni padało regularnie – ani myślało przestawać czy przesychać. Aż do 9-ej rano w niedzielę, kiedy to na Uczestników nieśmiało gromadzących się wokół Ośrodka Sportu i Rekreacji w Krośnie Odrzańskim zaczęło ciekawie wyzierać słońce. Wspierane chłodnym z początku wiatrem poczynało sobie coraz śmielej, a koło południa rozgościło się na dobre.

Na liczącą 126 km rundę (86 km w wersji MINI) kolarze wyruszyli przy uprzejmej asyście Policji i pod czujnym okiem Burmistrza Marka Cebuli, który – jak na aktywnego biegacza i rowerzystę przystało – osobiście postanowił sprawdzić, ile frajdy jest w tych rajdach. Najpierw więc honorowo przeprowadził peleton ulicami miasta, a następnie znakomicie odnalazł się w grupie nadającej tempo.

Przebiegająca w dominującym stopniu drogami Puszczy Rzepińskiej trasa emanowała spokojem, a ruch samochodowy długimi fragmentami był w zasadzie zerowy. Dlatego widok i miarowy szum nadciągających kolarzy największą atrakcją często był dla… okolicznych łąk i lasów, a tylko z rzadka dla mieszkańców i „przejezdnych”. Jeśli dołożyć do tego przyjazną atmosferę i bardzo dobre w większości asfalty, to warunki do zabawy robią się doskonałe. I sądząc po roześmianych obliczach, dowcipnych komentarzach i ogólnie panującej wesołości – jechało się świetnie. Współpraca przebiegała na tyle zgodnie, że jakiekolwiek próby odjazdu były konsekwentnie kasowane – choć przy takich z kolei okazjach zdarzało się odczepić kilku nieszczęśników dryfujących z tyłu peletonu. Mimo sporej szybkości było też wiele sposobności, by nacieszyć oczy otaczającym krajobrazem – głównie gęstym, mocno zielonym już lasem, bujnymi łąkami czy tak pięknie żółcącymi się o tej porze roku polami rzepaku. Najwięcej przyjemności dostarczył pewnie 35-kilometrowy odcinek przez Maszewo i Trzebiechów do Torzymia, a być może „piętnastka” z Jerzmanic do bufetu w Cybince oraz finałowe 12 km z Bytnicy do Krosna Odrzańskiego, gdzie jednak świadomość zbliżającej się mety nie każdemu pozwalała specjalnie rozglądać się na boki.

Pokusa sportowej rywalizacji nie była tego dnia chyba zbyt silna, bo ofiarowanych przez profil trasy okazji do „zrobienia przewagi” nikt nie wykorzystał. W tej sytuacji szczęścia na finiszowych metrach próbowała szukać liczna grupa, a kluczem do sukcesu okazały się wszechstronność, umiejętność rozkręcenia sprintu na lekkim podjeździe oraz… dobra pozycja wyjściowa z ostatniego wirażu 300 m przed kreską. O trzy miejsca na podium pasjonującą walkę stoczyli Aleksander Gawryluk (Grzmiąca), Sławek Niziołek (Warszawa) oraz Adrian Żółkiewicz (Lubsko) i minęli linię mety w tej właśnie kolejności. Wśród Pań sprawa była o tyle trudniejsza, że przejechania pełnego dystansu podjęły się dwie zawodniczki, a siedem wybrało wersję MINI (czego niektóre później leciutko żałowały). Tą najszybszą okazała się Weronika Majewska (Zielona Góra), która wyprzedziła Agatę Lichocką (Piaseczno), a podium uzupełniła Urszula Lewandowska (Zielona Góra), która w najkrótszym czasie ukończyła dystans MINI.

Wszystkim Uczestnikom gratulujemy pokładów niespożytej energii, wspaniałej sportowej postawy i wytrwałości w docieraniu na metę! Do zobaczenia w kolejnych województwach!

Strona organizatora http://rajdydlafrajdy.pl/


o autorze

Piotr Szafraniec

Nieuleczalnie chorujący od ponad 20 lat na pasję do roweru. Próbował uciec od swojej choroby łowiąc olbrzymie dorsze na kole podbiegunowym, jednak przegrał tą walkę i zaraża teraz swoim ADHD na szosowych zjazdach. Dzieli się...

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

WiadomościWszystkie

WydarzeniaWszystkie

kontakt

velonews.pl
  • 34-300 Żywiec, Folwark 21/25
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl