J-labs Gołcza Race 2026. Z niecodziennej perspektywy.
Mój wyścig podczas J-labs Gołcza Race 2026 trwał mniej więcej cztery kilometry, co nie jest wynikiem szczególnie imponującym nawet jak na standardy człowieka, który od ponad czterdziestu lat regularnie znajduje nowe sposoby komplikowania sobie kolarskiego życia. Jeszcze chwilę wcześniej jechałem w grupie walczącej o pierwsze pozycje długiego dystansu, próbując przekonać samego siebie, że forma może nie jest idealna, ale powinna wystarczyć, żeby przez jakiś czas pobawić się ściganiem. Kilka minut później usłyszałem jednak charakterystyczne syknięcie uciekającego powietrza, a cały misterny plan rozsypał się szybciej niż prognozy pogody nad Gołczą.
Przez kilka dni układałem sobie w głowie różne scenariusze przebiegu wyścigu. W większości z nich jechałem całkiem mocno, całkiem rozsądnie i oczywiście prezentowałem się znacznie lepiej, niż miało to później miejsce w rzeczywistości. Żaden z tych scenariuszy nie przewidywał jednak sytuacji, w której po kilku kilometrach będę wracał do biura zawodów, zastanawiając się czy przypadkiem zapasowe koła nie okażą się najważniejszym elementem wyposażenia całego dnia. Po ponad czterdziestu latach ścigania człowiekowi wydaje się czasami, że widział już wszystko i niewiele jest w stanie go zaskoczyć. Kolarstwo ma jednak wyjątkowo specyficzne poczucie humoru i regularnie przypomina, że nadal rozdaje karty według własnych zasad.
Tym razem zrobiło to wyjątkowo szybko i bez większych ceregieli. Zamiast walczyć o wynik ruszyłem więc pod prąd do biura zawodów, gdzie odbyłem krótką rozmowę z sędzią głównym i równie krótką rozmowę z samym sobą. Ta druga nie była szczególnie skomplikowana, ponieważ dość szybko doszedłem do wniosku, że dalsze rozpamiętywanie awarii nie ma większego sensu. Ambicje sportowe wylądowały więc w koszu razem ze skórką od banana, treningowe koła zajęły miejsce tych wyścigowych, a ja wróciłem na trasę już bez większych złudzeń dotyczących końcowego wyniku. Nie miałem wtedy jeszcze pojęcia, że właśnie w tym momencie zaczyna się znacznie ciekawsza część całej historii.

Foto Jura Sport Events
Kiedy rano wyjeżdżaliśmy z domu we trójkę, trudno było przypuszczać, że kilka godzin później całe miasteczko zawodów będzie skąpane w słońcu. Na razie wszystko wskazywało na to, że głównym bohaterem dnia zostanie pogoda. Wystarczyło przejechać kilkanaście kilometrów, żeby przekonać się, że prognozy nie przesadzały. Najpierw pojawił się deszcz, później ulewa, a następnie klasyczne małopolskie oberwanie chmury, które skutecznie potrafi zweryfikować poziom optymizmu każdego organizatora imprezy sportowej. Po przyjeździe do Ulina Park można było odnieść wrażenie, że ostatnie godziny były dla organizatorów znacznie trudniejsze niż wszystko to, co miało wydarzyć się później na trasie. W rozmowie z Antonim Chrząstowskim Dyrektorem wyścigu wyraźnie było słychać, że nocne i poranne opady postawiły wszystkich pod ścianą, a skutki tej walki najbardziej widoczne były nie na trasie, lecz na parkingach. Rozległe tereny zielone przygotowane na przyjęcie setek samochodów po prostu przegrały z wodą, a błoto i nasiąknięta ziemia wyłączyły sporą część dojazdową do parkingów. Samochody zajmowały więc drogi dojazdowe przy pomocy służb, a człowiek zastanawiał się, czy przypadkiem nie będzie to jeden z tych dni, kiedy wszystko od początku idzie pod górę. Na szczęście był to jeden z niewielu momentów, kiedy pogoda rzeczywiście odcisnęła swoje piętno na wydarzeniu, ponieważ już około dwie godziny przed startem sytuacja zaczęła zmieniać się w zaskakującym tempie. Chmury zaczęły się rozchodzić, pojawiło się słońce, temperatura szybko wzrosła, a asfalt wysychał tak sprawnie, jakby nocna ulewa była jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem. Kiedy zawodnicy ustawiali się na starcie, mało kto pamiętał już o tym, co działo się jeszcze rano.
Największe zaskoczenie czekało jednak na trasie. Znam tę pętlę z pierwszej edycji, wiem gdzie zaczynają się najtrudniejsze fragmenty i wiem również, jak bardzo potrafi zmienić się jej charakter w zależności od warunków atmosferycznych. Po nocnym armagedonie spodziewałem się piachu, błota, gałęzi i wszelkiego rodzaju niespodzianek pozostawionych przez wodę na drogach Jury. Tymczasem zamiast tego zobaczyłem trasę przygotowaną tak dobrze, że po skutkach ulewy praktycznie nie było śladu. Paradoksalnie to właśnie ten element zrobił na mnie największe wrażenie, ponieważ nowy asfalt, świetna infrastruktura czy duża frekwencja są rzeczami, które uczestnik zauważa od razu, natomiast ogrom pracy wykonanej przez organizatorów przed świtem bardzo łatwo przeoczyć. Tym razem trudno było tego nie docenić.

Foto Jura Sport Events
Wróciłem więc na trasę już jako człowiek pozbawiony większych złudzeń dotyczących wyniku, ale za to wyposażony w coś, czego wcześniej wyraźnie brakowało, czyli święty spokój. To zaskakujące, jak bardzo zmienia się perspektywa, kiedy przestajesz walczyć o każdą sekundę i każde koło przed sobą. Nagle okazuje się, że poza własnym tętnem, mocą i kolejnym podjazdem istnieje jeszcze cały świat, który wcześniej skutecznie zasłaniała sportowa koncentracja.
Nie oznaczało to oczywiście, że zrobiło się lekko. Po zmianie kół podpiąłem się pod grupę ścigającą zawodników z czołówki dystansu długiego i tempo nadal było solidne. Po ponad czterdziestu latach ścigania człowiek nie potrzebuje jednak licznika, żeby wiedzieć, kiedy grupa jedzie naprawdę mocno. Wystarczy posłuchać oddechów, obserwować sposób współpracy i zobaczyć, jak szybko znikają kolejne kilometry. Patrząc na czołówkę zarówno długiego, jak i krótszego dystansu trudno było nie nabrać szacunku dla poziomu sportowego tej imprezy, ponieważ Jura od lat pozostaje miejscem, które bardzo szybko oddziela zawodników dobrze przygotowanych od tych, którzy przyjechali przede wszystkim po kolarską przygodę.
Trasa była mi dobrze znana z pierwszej edycji, dlatego wiedziałem nie tylko gdzie zaczynają się najtrudniejsze fragmenty, ale również które miejsca pozwalają choć przez chwilę złapać oddech przed kolejnym wysiłkiem.
Tego dnia szczególnie duże znaczenie miał jednak wiatr, który dla wielu zawodników mógł okazać się równie wymagającym przeciwnikiem jak same podjazdy. Każdy, kto ściga się od lat wie, że ten sam profil trasy może wyglądać zupełnie inaczej w zależności od kierunku podmuchów, a odpowiednie gospodarowanie energią, umiejętność jazdy w grupie oraz rozsądne żywienie często okazują się równie ważne jak liczba watów generowanych na kolejnych wzniesieniach.

Foto Jura Sport Events
Właśnie przy okazji żywienia szczególnie dobrze było widać, jak dużą wagę organizatorzy przywiązali do detali. Bufety działały bardzo sprawnie, a dodatkowo pojawiły się specjalnie wyznaczone strefy zrzutu odpadów, dzięki którym zawodnicy mogli pozbywać się pustych opakowań bez zaśmiecania okolicznych dróg. Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie jednak obsługa punktów żywieniowych, ponieważ w warunkach wyścigowych liczy się nie tylko to, co znajduje się na stole, ale przede wszystkim szybkość i sprawność podawania napojów oraz jedzenia. Szczególnie zapamiętałem jedną z wolontariuszek, która najpierw podała bidony dwóm zawodnikom jadącym przede mną, następnie błyskawicznie sięgnęła po kolejny i w ostatniej chwili zdążyła podać go również mnie. Kto choć raz próbował złapać bidon przy wyścigowej prędkości doskonale wie, że takie sytuacje potrafią mieć znacznie większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać osobom obserwującym wszystko z boku. Im dłużej jechałem, tym bardziej zwracałem uwagę na rzeczy, które zwykle umykają zawodnikowi skupionemu wyłącznie na własnym wyniku. Zauważałem mieszkańców siedzących przed domami, małe grupki kibiców rozstawione na podjazdach, dzieci wyciągające ręce do przybijania piątek oraz ludzi, którzy najwyraźniej od dawna traktowali ten wyścig jako własne lokalne święto. Szczególnie mocno zapadły mi jednak w pamięć orkiestry rozstawione przy trasie. Rok temu również zwracały uwagę, ale tym razem sprawiały wrażenie jeszcze bardziej wpisanych w charakter imprezy. Galowe stroje, stojaki na nuty i przygotowane miejsca występów powodowały, że nie wyglądało to jak spontaniczny występ dla przejeżdżających kolarzy, ale raczej jak stały element wydarzenia, na który mieszkańcy czekają równie mocno jak sami zawodnicy. To właśnie wtedy zacząłem odnosić wrażenie, że Gołcza coraz mniej przypomina klasyczny wyścig szosowy rozgrywany na drogach regionu, a coraz bardziej wydarzenie, które zostało przez ten region po prostu przyjęte i zaadaptowane.

Foto Jura Sport Events
Nie ma tutaj poczucia, że peleton pojawia się na kilka godzin, utrudnia ruch i znika. Dużo bardziej przypomina to sytuację, w której mieszkańcy stają się częścią całej historii i równie mocno uczestniczą w niej jak sami zawodnicy. Podobne wrażenie towarzyszyło mi później podczas obserwowania pracy ekip odpowiedzialnych za transmisję na żywo. W centrum miasteczka przez cały dzień funkcjonował telebim pokazujący sytuację na trasie, dzięki czemu zarówno kibice obecni na miejscu, jak i osoby śledzące wydarzenie przez internet mogły obserwować walkę o zwycięstwo praktycznie bez przerwy. Sam miałem okazję przyjrzeć się pracy operatorów kamer oraz marshalli poruszających się na motocyklach między grupami zawodników i po raz kolejny przypomniałem sobie, jak wiele osób musi wykonać swoją pracę perfekcyjnie, żeby uczestnik mógł po prostu stanąć na starcie, przejechać wyścig i wrócić do domu z poczuciem dobrze spędzonego dnia. Tymczasem w Ulina Park życie toczyło się własnym rytmem, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że obserwuję nie tylko wyścig, ale również wszystko to, co dzieje się wokół niego.
Bo prawda jest taka, że na wyścigi od dawna nie jeździmy już wyłącznie dla ścigania. Oczywiście nadal lubię przypiąć numer startowy, ustawić się w sektorze i przez chwilę łudzić się, że noga jest lepsza niż wskazywałyby na to ostatnie tygodnie treningów, ale z biegiem lat coraz bardziej doceniam wszystko to, co dzieje się wokół samej rywalizacji. Na zawody jedzie przecież nie tylko zawodnik. Jedzie również żona, która sama trenuje i startuje, jedzie syn, który ma niespożyte pokłady energii, a czasami jedzie także redaktor, który zamiast patrzeć wyłącznie na własny licznik zaczyna rozglądać się po otoczeniu.

Foto Jura Sport Events
Właśnie dlatego tak dobrze sprawdził się Ulina Park, który w tym roku po raz pierwszy stał się centrum wydarzenia. Samo miejsce znałem już wcześniej z treningów i prywatnych wizyt, ale dopiero teraz mogłem zobaczyć je podczas dużej imprezy kolarskiej i muszę przyznać, że był to bardzo trafiony wybór. W wielu miejscach wygląda to zwykle podobnie. Zawodnik jedzie na trasę, a pozostali członkowie rodziny przez kilka godzin próbują znaleźć sobie jakieś zajęcie. Tutaj ten problem praktycznie nie istnieje, ponieważ ilość atrakcji przygotowanych dla dzieci jest tak duża, że nawet nasz syn, który zazwyczaj nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem sobie kolejnej aktywności, nie był w stanie przez pół dnia skorzystać ze wszystkiego, co miał do dyspozycji. Trudno o lepszą rekomendację miejsca stworzonego z myślą o rodzinach. Kiedy wróciłem z trasy, życie w miasteczku zawodów toczyło się już własnym rytmem. Jedni analizowali przebieg wyścigu, inni śledzili relację na telebimie, dzieci okupowały kolejne atrakcje, a rodziny zajmowały miejsca na trawie korzystając z pogody, która jeszcze kilka godzin wcześniej wydawała się kompletnie nierealna. Patrząc na to wszystko trudno było uwierzyć, że rano zastanawialiśmy się raczej nad tym, czy pogoda nie zdominuje całego wydarzenia. Swoją drogą, gdyby ktoś powiedział mi kilka dni wcześniej, że po kapciu na czwartym kilometrze największe emocje wzbudzi we mnie losowanie nagród, prawdopodobnie uznałbym go za niespełna rozumu. Tymczasem właśnie tak się stało.
Łączna pula nagród wynosiła około siedemdziesięciu pięciu tysięcy złotych, a wśród wszystkich uczestników losowano między innymi ramę Factor o wartości, która dla wielu amatorów mogłaby stać się początkiem bardzo ciekawego projektu rowerowego. W takich momentach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jednak nie powinien był potraktować tego kapcia bardziej osobiście. Sama ceremonia dekoracji trwała blisko godzinę i była kolejnym dowodem na to, jak bardzo rozwinęła się ta impreza. Co ciekawe, nie mam poczucia ogromnego przeskoku organizacyjnego względem pierwszej edycji. Powód jest prosty. Już wtedy poziom organizacji był bardzo wysoki, dlatego trudno wskazać dziś elementy, które zostały całkowicie przebudowane. Znacznie łatwiej dostrzec wzrost skali całego przedsięwzięcia, większą pulę nagród, mocniejszą obecność sponsorów oraz coraz liczniejszą grupę uczestników przyjeżdżających do Gołczy nie tylko z myślą o samym ściganiu.
Dobrym przykładem były rozgrywane w ramach wydarzenia Mistrzostwa Polski Branży IT. Na krótszym dystansie rywalizowali zarówno zawodnicy, jak i zawodniczki związani z tym sektorem, a kobiecy peleton zrobił na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie. Nie wyglądało to jak symboliczny dodatek do głównego programu imprezy, lecz pełnoprawny wyścig z liczną stawką i własną sportową historią. W czasach, gdy wiele środowisk zastanawia się, jak przyciągnąć więcej kobiet do kolarstwa, taki widok zwyczajnie cieszy. Patrząc na wszystko z boku miałem zresztą coraz większe wrażenie, że Gołcza zaczyna wyrastać poza ramy zwykłego amatorskiego wyścigu szosowego, zachowując przy tym swój lokalny charakter. To nie jest wcale takie łatwe. Wiele imprez wraz ze wzrostem popularności staje się anonimowych, tymczasem tutaj nadal widać mieszkańców stojących przed własnymi domami, orkiestry grające dla zawodników, dzieci machające przejeżdżającym kolarzom oraz organizatorów rozmawiających z uczestnikami bez pośpiechu i sztucznego dystansu.

Foto Jura Sport Events
Najbardziej przewrotne w całej tej historii jest jednak to, że przyjechałem do Gołczy z zupełnie innym planem. Przez kilka dni układałem sobie w głowie różne scenariusze przebiegu wyścigu. W większości z nich jechałem całkiem mocno, całkiem mądrze i oczywiście prezentowałem się przy tym znacznie lepiej, niż miało to później miejsce w rzeczywistości. Żaden z tych scenariuszy nie przewidywał jednak sytuacji, w której po kilku kilometrach będę wracał do biura zawodów i zastanawiał się, czy przypadkiem zapasowe koła nie okażą się najważniejszym elementem wyposażenia całego dnia. Być może właśnie dlatego zapamiętam ten wyścig inaczej niż wiele wcześniejszych. Zamiast skupiać się wyłącznie na własnym wysiłku, mogłem obserwować ludzi, atmosferę, pracę organizatorów, kibiców i wolontariuszy, a także wszystkie te drobiazgi, które składają się na prawdziwe kolarskie święto. Kiedy pod koniec dnia spojrzałem na miasteczko zawodów skąpane w słońcu, na dzieci biegające po Ulina Park, na zawodników rozmawiających po dekoracjach i na rodziny korzystające z pięknej pogody, miałem wrażenie, że poranny armagedon wydarzył się co najmniej tydzień wcześniej. Dlatego kiedy teraz myślę o J-labs Gołcza Race 2026, wcale nie przypominam sobie przebitej opony. Przypominam sobie orkiestry przy trasie, tłumy ludzi rozsiane po całym obiekcie, uśmiechniętego syna, który nie był w stanie zaliczyć wszystkich atrakcji przygotowanych przez organizatorów, oraz dzień, który zaczął się jak katastrofa pogodowa, a zakończył atmosferą przypominającą środek wakacji. A kapeć? Cóż, po ponad czterdziestu latach ścigania wiem już, że kolarstwo ma wyjątkowo specyficzne poczucie humoru. Tym razem po prostu postanowiło przypomnieć mi o tym już na czwartym kilometrze.

Aby oddać chwałę bohaterom dzisiejszego wyścigu przekazujemy że dystanś wyścigu krótszego 40 km w kategorii kobiet najszybciej pokonała Anna Konieczna z Gibko teamu, natomiast męski wyścig wygrał Marcin Krajnik z Krakowa. na dystansie brutalnych 80 km naszybciej finiszowała Diana Huczkowska z MPCC Team, wśród facetów najszybszy okazał się Dawid Nytko również z MPCC Team.
Teamowo zwiciężali ALSEN RACING TEAM oraz MPCC Team na dwóch dystansach.
Wisienką na torcie są natmiast Mistrzyni Polski Branży IT Milena Lewandowska z Pogoni Aptiv i Mistrz Polski IT Marcin Krajnik z Krakowa.
Do zobaczenia za rok, na tej samej trasie, o czym poinformowali oficjalnie już włodarze rejonu podczas ceremonii dekoracji.

komentarze