32 cale wchodzą do gry szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał
Jeszcze rok temu temat 32-calowych kół w MTB brzmiał jak eksperyment z pogranicza targów i garażowych prototypów, choć działający (i o dziwo dopuszczony przez UCI) prototyp, mogliśmy widzieć na Pucharze Świata XCO. Dziś mamy już pierwszy konkretny argument w dyskusji – wygrany etap Absa Cape Epic. I to nie przez anonimowego zawodnika, tylko w realnym, ciężkim wyścigu etapowym.
Szwajcar Felix Stehli zrobił to na maszynie, która wygląda jak coś wyjętego z przyszłości, czyli Stoll P32. Full carbon, flexstay zamiast klasycznego zawieszenia i do tego odwrócony widelec Intend. Sprzęt niszowy, drogi i jeszcze niedostępny dla większości rynku, ale to już nie jest koncepcja. To działa i wygrywa.
Kluczowy moment tej historii wydarzył się trochę wcześniej, kiedy Maxxis wypuścił model Aspen w wersji 32". Bez opony nie ma tematu i to właśnie ten ruch odblokował cały segment. W MTB to zawsze wygląda tak samo najpierw pojawia się komponent krytyczny, potem reszta zaczyna nadrabiać.

Cena sprzętu nie pozostawia złudzeń. Sam frameset to okolice 5000 franków szwajcarskich, widelec kolejne 1500, a kompletny rower startuje od mniej więcej 9500 CHF. Do tego kilka miesięcy czekania. To nie jest produkt dla mas. To jest poligon technologiczny.
Ale ważniejsze od ceny jest coś innego. Wyścigi bardzo szybko weryfikują sens takich rozwiązań. Jeśli coś działa tylko w marketingu, znika po pierwszym sezonie. Jeśli zaczyna wygrywać – branża natychmiast patrzy uważniej.
32 cale to nie jest tylko większe koło. To zmiana charakterystyki jazdy. Lepsze toczenie, większa stabilność, ale też więcej masy i inercji. Do tej pory 29” było kompromisem idealnym. Teraz ktoś właśnie przesunął granicę.
I to jest moment, w którym robi się ciekawie.
Bo jeśli pierwsze zwycięstwo przyszło tak szybko, to znaczy, że albo to jednorazowy strzał… albo początek czegoś, czego za dwa lata nie będziemy już nazywać eksperymentem.

komentarze