Gravel dojrzewa. Mistrzostwa Europy w Houffalize pokazały, że specjalizacja już się zaczęła

Mistrzostwa Europy w gravelu w belgijskim Houffalize były czymś więcej niż kolejnym rozdaniem medali w stosunkowo młodej dyscyplinie. W jednym miejscu spotkały się dwa zjawiska, które coraz wyraźniej definiują współczesny gravel: z jednej strony zawodowcy próbujący budować w tej dyscyplinie własne kariery, z drugiej  rosnąca masa zawodników ścigających się w kategoriach wiekowych, dla których gravel stał się pełnoprawną formą sportowej rywalizacji. Wśród 1810 uczestników z 32 krajów znalazło się 36 Polaków. Cztery najlepsze polskie wyniki były dziełem zawodników kategorii masters, a cała reprezentacja pokazała coś jeszcze ważniejszego: gravel przestaje być dodatkiem do szosy czy MTB i zaczyna budować własne środowisko.

Najlepszym symbolem tej zmiany jest Mads Würtz Schmidt. Duńczyk drugi rok z rzędu zdobył mistrzostwo Europy, ale sam tytuł niewiele mówi o kierunku, w którym poszedł jego sportowy rozwój. W 2026 roku Schmidt wygrał The Traka 360, Unbound 200, a następnie mistrzostwa Europy w Houffalize. To trzy imprezy o bardzo różnym charakterze, wymagające od zawodnika nie tylko dużej mocy, ale również odporności na wielogodzinny wysiłek, umiejętności jazdy po zmiennej nawierzchni i radzenia sobie ze sprzętem poza klasycznym systemem wsparcia znanym z zawodowego peletonu.

W Houffalize Schmidt przejechał 138 kilometrów w 4:09:57, pokonując trasę z około 2190 metrami przewyższenia i w dużej części prowadzącą po drogach nieutwardzonych. Po mocnej pierwszej części wyścigu Duńczyk zaatakował w drugiej połowie i ostatni fragment pokonał samotnie. Wout Alleman stracił do niego 1:09, a Niels Vandeputte 3:43. Czwarty Eddy Le Huitouze przyjechał zaledwie pięć sekund za Vandeputte'em.

Samo podium jest zresztą znacznie ciekawsze, niż mogłaby sugerować kolejność nazwisk. Schmidt przeszedł do gravelu z zawodowej szosy, Alleman jest zawodnikiem wywodzącym się z MTB maratonu, natomiast Vandeputte to specjalista cyclocrossu. W jednym z najważniejszych europejskich wyścigów gravelowych trzy pierwsze miejsca zajęli więc zawodnicy wywodzący się z trzech różnych odmian kolarstwa. Belgijskie media zwracały przy tym uwagę, że trasa w Houffalize miała charakter przypominający bardziej wymagający maraton MTB niż klasyczny wyścig szosowy, a sam Vandeputte mówił po zawodach, że był to najcięższy wyścig, jaki do tej pory przejechał.

To nie jest jeszcze dowód na to, że gravel stworzył całkowicie nowy typ kolarza. Byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. Fizjologia pozostaje ta sama, a dobry szosowiec może być bardzo dobrym gravelowcem. Różnica zaczyna pojawiać się gdzie indziej: w zestawie kompetencji potrzebnych do wykorzystania tej fizjologii przez kilka godzin na trasie, która nie daje zawodnikowi takich warunków pracy jak asfaltowy peleton.

Na szosie zawodnik może przez znaczną część wyścigu korzystać z pracy zespołu, samochodu technicznego, zapasowych kół, bidonów i informacji przekazywanych z wozu. Gravel znacznie częściej przenosi odpowiedzialność na samego zawodnika. Wybór opony, ciśnienia, wyposażenia, ilości jedzenia i zapasu płynów może mieć bezpośredni wpływ na wynik. Defekt nie oznacza tylko straty kilku sekund na zmianie koła, ale może zakończyć wyścig, jeśli zawodnik nie ma możliwości samodzielnego rozwiązania problemu.

Właśnie dlatego szczególnie interesujący jest tegoroczny sezon Würtz Schmidta. The Traka 360 miała w 2026 roku 325 kilometrów i około 4150 metrów przewyższenia, a około 80 procent trasy stanowiły drogi szutrowe. Duńczyk wygrał ją samotnie, podobnie jak później Unbound 200, gdzie pokonał około 322 kilometrów w czasie 9:14:50.

Unbound pokazał z kolei inną stronę gravelowego ścigania. Błoto, deszcz, awarie i problemy techniczne sprawiają, że wyścig nie jest wyłącznie sprawdzianem wydolności. Schmidt sam w pewnym momencie potrzebował koła po przebiciu opony. W takich warunkach różnica między zawodnikiem przygotowanym do specyfiki gravelu a bardzo mocnym kolarzem szosowym może polegać nie na tym, kto ma większą moc maksymalną, lecz kto potrafi przez dziewięć czy dziesięć godzin podejmować właściwe decyzje, utrzymać koncentrację i nadal efektywnie jechać, kiedy organizm i sprzęt zaczynają się buntować.

I właśnie w tym miejscu warto przyjrzeć się słowom samego Schmidta. Duńczyk, który jeszcze niedawno był zawodnikiem szosowym, przed mistrzostwami świata mówił o potrzebie większego udziału zawodników rzeczywiście specjalizujących się w gravelu. Paradoksalnie jego własna kariera jest najlepszym przykładem procesu, o którym mówi. Przeszedł z szosy do gravelu, a następnie zaczął wygrywać imprezy, których specyfika jest zupełnie inna niż klasyczny wyścig szosowy.

Nie oznacza to jednak, że szosowcy stracili przewagę. Wręcz przeciwnie. Kobiece mistrzostwa Europy w Houffalize pokazują, że transfer kompetencji z szosy nadal działa bardzo dobrze. Zwyciężyła Femke Markus, zawodniczka SD Worx-Protime, przed Shirin van Anrooij i Axelle Dubau-Prévot. Cała trójka walczyła o tytuł do samego finiszu, a różnica między pierwszą a drugą zawodniczką wyniosła zaledwie dwie sekundy.

To ważne zastrzeżenie, bo nie chodzi o stworzenie kolejnej łatwej opowieści o tym, że „szosa już nie wystarcza”. Na razie wystarcza. Zawodnik o bardzo wysokim poziomie sportowym może przenieść swoje umiejętności z asfaltu na szuter i od razu być konkurencyjny. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wszyscy najlepsi zawodnicy zaczynają mieć podobny silnik. Wówczas przewagę zaczynają budować rzeczy, których nie da się zmierzyć wyłącznie FTP czy VO2max.

Kobiety pokazały drugi obraz tego samego wyścigu
Jeżeli męski wyścig w Houffalize był pokazem samotnej jazdy i odporności na długotrwały wysiłek, rywalizacja kobiet przyniosła zupełnie inne rozstrzygnięcie. Przez większość dystansu na czele utrzymywała się mocna czwórka: Femke Markus, Shirin van Anrooij, Axelle Dubau-Prévot i Larissa Hartog. Holenderki oraz Francuzka zgodnie współpracowały, a różnice między nimi pozostawały niewielkie aż do końcowych kilometrów. Przełom nastąpił w błotnistym fragmencie, kiedy Markus straciła kontakt z pozostałymi zawodniczkami. Nie oznaczało to jednak końca jej walki o tytuł. Van Anrooij zaatakowała około ośmiu kilometrów przed metą i próbowała odjechać samotnie, ale Dubau-Prévot zdołała ją dogonić. W tym samym czasie Markus wróciła do czołówki, a Francuzka w końcówce kilkakrotnie próbowała jeszcze rozerwać grupę. Żadna z tych prób nie przyniosła rozstrzygnięcia i ostatecznie mistrzynię Europy wyłonił sprint trzech zawodniczek. Najlepszy finisz miała Markus, która przejechała 138 kilometrów w 4:57:27 i pokonała Van Anrooij o dwie sekundy. Dubau-Prévot straciła osiem sekund, a Hartog, czwarta na mecie, przyjechała 23 sekundy za zwyciężczynią. Piąta Elena Hartmann miała już stratę 3:24, co dobrze pokazuje, jak mocno pierwsza czwórka odjechała pozostałej części stawki. Ten wyścig jest istotny także z punktu widzenia naszej głównej tezy. Nie można na jego podstawie powiedzieć, że gravel wymusza jeden konkretny sposób ścigania. Męska rywalizacja została rozstrzygnięta przez samotny odjazd Würtz Schmidta, natomiast kobiety przez niemal pięć godzin budowały wyścig, którego losy rozstrzygnęły się dopiero w bezpośrednim starciu na finiszu. Oba scenariusze wydarzyły się na tej samej trasie i w ramach tych samych mistrzostw. 

Jest tu również drugi interesujący sygnał. W pierwszej czwórce znalazły się aż trzy Holenderki, a na podium obok Markus i Van Anrooij stanęła Dubau-Prévot. To pokazuje, że kobiecy gravel na najwyższym poziomie również zaczyna tworzyć własne środowisko zawodniczek, choć jego granice z zawodowym kolarstwem szosowym są nadal bardzo płynne. Markus reprezentuje SD Worx-Protime, Van Anrooij jest zawodniczką wywodzącą się z WorldTouru, a Dubau-Prévot ściga się w EF Education-Oatly. Właśnie dlatego kobiece mistrzostwa Europy są ważnym uzupełnieniem obrazu, który wyłania się z Houffalize. Gravel nie tworzy jednego schematu zawodnika ani jednego schematu wyścigu. Na razie jest raczej miejscem, w którym spotykają się różne kolarskie kompetencje, a przewagę daje umiejętność połączenia ich w całość. Im bardziej trasy będą jednak przesuwały się w stronę wymagającego off-roadu, tym większe znaczenie może mieć doświadczenie zdobywane właśnie w tej dyscyplinie.

1810 zawodników i 36 Polaków

W Houffalize o skali zjawiska nie świadczy jednak wyłącznie elita. UEC podała, że na wszystkich startach pojawiło się 1810 zawodników z 32 krajów. To liczba, której nie można już traktować jako ciekawostki organizacyjnej. Mistrzostwa Europy stały się imprezą obejmującą ogromny przekrój gravelowego środowiska — od zawodowców po zawodników najstarszych kategorii wiekowych.

W tej grupie znalazło się 36 Polaków: 28 mężczyzn i 8 kobiet. Zestawienie wyników przygotowane przez NaSzutrze.pl pokazuje, że 26 reprezentantów Polski ukończyło rywalizację, sześciu zostało sklasyfikowanych jako DNF, a czterech znalazło się na liście zgłoszeń, ale nie wystartowało.

Foto: Mariusz Gil/FB

Co ciekawe, wszystkie cztery najlepsze polskie wyniki zakończyły się miejscami w pierwszej dziesiątce kategorii masters. Wojciech Halejak był szósty w M40–44, Maria Ossowska zajęła ósme miejsce w K40–44, Izabela Dudek była dziewiąta w K50–54, a Krzysztof Szalacha uplasował się na dziesiątej pozycji w M35–39. Nie jest to więc historia o jednym młodym zawodniku, który przebił się do czołówki. Polska obecność w Houffalize była znacznie szersza i obejmowała praktycznie cały przekrój kategorii wiekowych.

Najwyżej sklasyfikowany Wojciech Halejak przejechał swoją kategorię w 4:44:09 i zajął szóste miejsce w M40-44. Piętnasty był Mariusz Gil. W M35–39 dziesiąty był Krzysztof Szalacha, a wśród kobiet Maria Ossowska zajęła ósme miejsce w K40-44, natomiast Izabela Dudek była dziewiąta w K50-54. To wyniki, które mają znaczenie nie tylko dlatego, że dobrze wyglądają w tabeli. Pokazują, że polscy zawodnicy potrafią już rywalizować w międzynarodowej stawce mastersów na poziomie pierwszej dziesiątki. Niezależne zestawienie wyników potwierdza również szóste miejsce Halejaka i piętnaste Mariusza Gila.

Pozostała część polskiej reprezentacji była znacznie bardziej zróżnicowana. W elicie mężczyzn wystartowali Michał Glanz, Adam Kuś, Piotr Kuś, Rafał Noculak i Szymon Ptak, a w elicie kobiet Oliwia Majewska. W kategorii 19-34 lat ścigali się Jakub Murias, Jan Krukowski, Mateusz Parafiński i Tomasz Tomera, natomiast wśród kobiet Maria Krukowska. Polacy pojawili się również w kategoriach M45-49, M50-54, K45-49, K55-59, M60-64 i M65-69.

Warto przy tym zauważyć, że część polskiego środowiska nie jedzie już na gravelowe mistrzostwa przypadkiem. Dobrym przykładem jest Wieluń-Baumatech Cycling Team. Przed mistrzostwami Europy grupa wystawiła pięciu zawodników: Rafała Noculaka, Michała Glanza, Adama Kusia, Piotra Kusia i Szymona Ptaka. Adam Kuś wcześniej wywalczył na Łotwie piąte miejsce w klasyfikacji generalnej imprezy kwalifikacyjnej, co dało mu awans zarówno do mistrzostw Europy, jak i świata.

Foto Adam Kuś/ FB

Kilka dni przed Houffalize Kuś wygrał również finałowy wyścig Predator Gravel i klasyfikację generalną cyklu. Co jeszcze ciekawsze z punktu widzenia charakteru tej dyscypliny, podczas zwycięskiego wyścigu w Bolesławcu przebił tylną oponę, a jego klubowy kolega Michał Glanz oddał mu własne koło. Kuś wrócił do ucieczki i wygrał zarówno etap, jak i cały cykl. Taki epizod dobrze pokazuje, że sprzęt, współpraca i umiejętność reagowania na defekt są w gravelu częścią sportu, a nie tylko problemem serwisowym.

Od eksperymentu do własnego systemu

Najważniejsza zmiana zachodzi jednak jeszcze wyżej, na poziomie całej dyscypliny. UCI Gravel World Series ma w 2026 roku rekordowe 47 imprez kwalifikacyjnych rozgrywanych w 32 krajach na wszystkich kontynentach. Z każdego wyścigu do mistrzostw świata kwalifikuje się najlepsze 25 procent zawodników w każdej kategorii wiekowej.

To już nie jest seria przypadkowych imprez, na których spotykają się ludzie z różnych odmian kolarstwa. Powstał kalendarz, system kwalifikacji, mistrzostwa kontynentalne, mistrzostwa świata, zespoły budowane wokół gravelu i coraz większa grupa zawodników, dla których właśnie ta odmiana kolarstwa staje się głównym sportowym środowiskiem.

Najbliższe mistrzostwa świata mogą ten proces jeszcze przyspieszyć. W październiku w australijskim Nannup elita mężczyzn pojedzie 140,7 km z 3625 metrami przewyższenia. Trasa ma mieć minimum 80 % (przypuszczenia, nie potwierdzone) nawierzchni gravelowej, a podjazdy będą stosunkowo krótkie, lecz częste i miejscami strome, przez co zawodnicy dostaną niewiele okazji do rzeczywistego odpoczynku.

To istotna zmiana w stosunku do pierwszych mistrzostw świata, w których granica między szosą a gravelem była znacznie mniej wyraźna. Im bardziej trasy przesuwają się w stronę rzeczywistego off-roadu, tym większe znaczenie będą miały umiejętności, których nie da się wytrenować wyłącznie poprzez zwiększanie mocy na asfalcie.

Gravel nie musi więc odcinać się od szosy, żeby stać się osobną specjalizacją. Wręcz przeciwnie — jego siła może polegać właśnie na tym, że pozostaje miejscem spotkania różnych kolarskich światów. Szosowiec wnosi do niego moc i doświadczenie z peletonu, przełajowiec technikę i umiejętność pracy na zmiennej nawierzchni, maratończyk MTB odporność na długi, samotny wysiłek, a zawodnik wywodzący się z ultrakolarstwa doświadczenie w zarządzaniu własnym organizmem i sprzętem przez wiele godzin.

Houffalize pokazało jednak, że ten eksperyment zaczyna się kończyć. Gravel nie jest już tylko miejscem, do którego można przyjechać z innej dyscypliny. Zaczyna tworzyć własne wymagania, własnych zawodników i własną hierarchię.

Mads Würtz Schmidt jest tego najlepszym przykładem. Przyjechał z szosy, ale w 2026 roku wygrał trzy imprezy o zupełnie różnym charakterze i po raz drugi został mistrzem Europy. Wout Alleman przywiózł na podium doświadczenie z MTB maratonu, Niels Vandeputte — z przełaju, a za nimi znalazła się cała grupa zawodników, którzy coraz częściej traktują gravel nie jako boczną ścieżkę kolarskiej kariery, lecz jako jej główny kierunek.

A gdzieś kilka pozycji niżej, w kategorii M40–44, jechał Wojciech Halejak. W M35–39 Krzysztof Szalacha, w K40–44 Maria Ossowska, w K50–54 Izabela Dudek. Łącznie 36 Polaków. To właśnie ten obraz jest chyba ważniejszy od samego podium.


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl