​PZU Zdrowie Pałecznica Race. 500 numerów i coś czego nikt nie zapomni z trasy

Tydzień przed pierwszą edycją PZU Zdrowie Pałecznica Race nie było już czego kupować. Wszystkie pakiety startowe zostały wyprzedane, a w niedzielę na starcie stanęło 500 zawodników. Jak na debiut nowego wyścigu to wynik mocny, choć już po kilku godzinach w Pałecznicy było jasne, że ktoś nie planował tutaj zwykłego niedzielnego ścigania, podczas którego zawodnik przyjeżdża, robi swoje, odbiera medal i po chwili znika w samochodzie.

Kiedy jedni ruszyli na 43-kilometrową pętlę, inni ścigali się na przygotowanym na trawniku torze przeszkód. Dziewięćdziesięcioro dzieci miało własną rywalizację, wokół pracowały dmuchańce i zjeżdżalnie, a w miasteczku można było spędzić cały dzień bez oglądania się na zegarek. Później przyszła kolej na makaron z warzywami, owocowe piwo bezalkoholowe i strażaków, którzy rano ratowali szosę przed mazią naniesioną z pól, a kilka godzin później myli już nie tylko rowery, lecz również zawodników, czasami całkowicie ubranych.

I właśnie dlatego warto zacząć od końca, bo kiedy po wyścigu człowiek stoi w kolejce do strażackiej myjki razem z rowerem i próbuje ustalić, czy bardziej potrzebuje jej karbonowy widelec, czy spodnie, wiadomo już, że Pałecznica nie była kolejnym wyścigiem odhaczonym w kalendarzu.

Szosa była czysta. Potem zaczęło się życie

Przyjechałem tam zupełnie w ciemno. Nie znałem tych terenów ani z roweru, ani z samochodu, nigdy wcześniej nie miałem powodu, żeby zapuszczać się w ten rejon, więc przed startem wiedziałem właściwie tyle, że czeka mnie 43-kilometrowa pętla, a mój dystans oznacza jedno okrążenie. Zawodnicy długiego dystansu mieli przejechać dwie pętle.

Okolica okazała się dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od tego fragmentu Małopolski, choć mapa nie oddaje tego, co dzieje się później pod kołami. Rolniczy krajobraz, pola rozlane po wzgórzach, pojedyncze zagajniki i drogi prowadzące przez teren, który z daleka wygląda spokojnie, ale po kilku kilometrach zaczyna skutecznie mieszać w nogach.

Profil był interwałowy, choć inaczej zbudowany niż znane mi wyścigi organizowane wcześniej przez Jura Sport Events w Gołczy. Suma przewyższeń wyszła bardzo podobnie, ale podjazdy nie były tutaj tak strome, za to część z nich okazała się nieco dłuższa i bardziej płynna. Nie znaczyło to oczywiście, że można było znaleźć wygodny rytm i jechać według niego do mety, ponieważ trasa regularnie zmieniała tempo i potrafiła wyciągnąć z zawodnika więcej, niż ten początkowo planował oddać.

Problemem była pogoda. Nocne opady sprawiły, że z pól na drogi zaczęła spływać brudna maź, dlatego od rana miejscowe służby i strażacy czyścili nawierzchnię. Większość szosy została bardzo dobrze przygotowana, co zawodnicy później docenili podczas dekoracji, nagradzając ludzi pracujących przy trasie brawami, ale od startu nadal towarzyszyła nam mżawka.

Mokry asfalt sam w sobie nie byłby problemem, gdyby nie kilka miejsc, gdzie wilgoć mieszała się z tym, co mimo porannego sprzątania wracało z poboczy i pól. Wtedy zaczynała się jazda wymagająca znacznie więcej niż mocnego naciskania na pedały, ponieważ dochodził wybór toru jazdy, odpowiednie hamowanie i zwykłe wyczucie tego, co dzieje się pod kołami.

Po pewnym czasie wszyscy wyglądali mniej więcej tak samo. Twarz, okulary, plecy, nogi i rower zaczęły przyjmować kolor lokalnej nawierzchni, a część zawodników w końcu zdjęła okulary, bo przez zabrudzone szkła widoczność stawała się bardziej teoretyczna niż praktyczna. Było kilka upadków, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji, ale na mokrym asfalcie i brudnych fragmentach szosy naprawdę trzeba było zachować czujność.

Trochę za mocno z przodu, ale skoro już tam byłem

Startowałem na krótszym dystansie i od początku postanowiłem sprawdzić, co dzieje się w czołówce. Jak się później okazało, chwilami był to klasyczny przypadek porywania się z motyką na słońce, ale skoro człowiek już przez moment znajduje się w takim miejscu, trudno nagle powiedzieć wszystkim, żeby jechali dalej, a ja wracam do rozsądniejszego tempa.

Trasa była wystarczająco wymagająca, żeby szybko przypomnieć, iż oglądanie czołówki z bliska ma swoją cenę. Z drugiej strony właśnie takie wyścigi są najciekawsze, ponieważ nie trzeba czekać na jeden decydujący podjazd. Co chwilę dzieje się coś, co zmusza do kolejnego wysiłku, zmiany tempa albo walki o utrzymanie koła.

Tym razem zapłaciłem za ambicję mniej, niż można było się spodziewać, ponieważ ostatecznie stanąłem na podium swojej kategorii. Po takim dniu trudno było więc narzekać, nawet jeśli nogi w pewnym momencie zaczęły bardzo wyraźnie przypominać, że pierwotny plan mógł być jednak trochę mniej entuzjastyczny.

MPCC Team przyjechał po swoje

Na długim dystansie bardzo dobrze zaprezentował się MPCC Team, który wykorzystał liczebność składu nie tylko do walki indywidualnej, ale przede wszystkim do rozegrania klasyfikacji drużynowej.

Krzysztof Łabno sterujący flotą drużyny tak nam zrelacjonował ten wyścig z punktu widzenia Teamu:

MPCC Team wystawił na długim dystansie aż 17 zawodników, więc możliwości taktycznych mieliśmy sporo. Głównym celem była walka o zwycięstwo w klasyfikacji drużynowej oraz miejsca na podium w kategoriach wiekowych. Plan zakładał wprowadzenie któregoś z naszych zawodników do ucieczki i kontrolowanie sytuacji w peletonie, ale amatorskie wyścigi potrafią szybko zweryfikować nawet dobrze przygotowaną taktykę.

Dodatkową motywacją była obecność na trasie Michała Pustuły, bo każdy chciał pokazać trenerowi swoją moc nie tylko na wykresach, ale również w bezpośredniej rywalizacji. Niestety już na początku wyścigu zaczęły się problemy. Sławek złapał gumę po najechaniu na gwóźdź, chwilę później koło musiał zmieniać Jakub, a grupa oczywiście nie czekała. Z przodu zostali Patryk, Bernard, Michał i Łukasz, którzy przez cały wyścig angażowali się w kolejne akcje i próby ucieczek.

Mimo tych problemów najważniejszy cel został osiągnięty, ponieważ wygraliśmy klasyfikację drużynową. Po triumfie w Skale w 2025 roku i Gołczy w 2026 roku dołożyliśmy kolejne zwycięstwo, tym razem w Pałecznicy. Indywidualnie Bernard Wojas był drugi OPEN i drugi w M3, Łukasz Boroński zajął drugie miejsce w M4, a Diana Huczkowska była trzecia w K2. Na długim dystansie trzech naszych zawodników znalazło się również w pierwszej dziesiątce.

Na obu dystansach rywalizacja miała zupełnie inny charakter, choć wszędzie tempo było dalekie od rekreacyjnego. Na 43 kilometrach wśród kobiet zwyciężyła Anna Konieczna z zespołu Gibko, która uzyskała czas 1:12:44.32. Drugie miejsce zajęła Zuzanna Jarlaczyńska z AGH Cycling Team, tracąc 2:26.88, a trzecia była Judyta Gwóźdź z ALSEN RACING TEAM ze stratą 2:44.16.
Jeszcze ciaśniej było w rywalizacji mężczyzn na tym samym dystansie. Mateusz Burda z NOLIMITED TEAM wygrał w czasie 1:06:10.25, ale Mateusz Grabiec stracił do niego zaledwie 0,54 sekundy, a Damian Toczek był trzeci ze stratą 0,71 sekundy. Cała trójka zamknęła więc 43-kilometrową rywalizację praktycznie na jednej kresce.

Na dystansie 86 kilometrów wśród kobiet najlepsza była Sandra Adamczyk-Stępień z Velocreation, która pokonała trasę w czasie 2:15:39.51. Kamila Mróz z CENTRUM ROWEROWE TEAM straciła 5:41.78, natomiast Izabela Adamczyk ukończyła wyścig na trzecim miejscu ze stratą 12:42.17.

Najszybszy na długim dystansie okazał się Tomasz Krupiński, który przejechał 86 kilometrów w czasie 2:08:12.69, uzyskując średnią 40,24 km/h. Drugie miejsce zajął Bernard Wojas z MPCC Team ze stratą 1:41.72, a trzeci był Damian Sipurzyński z WALBET Team, który do zwycięzcy stracił 1:42.23.

Równolegle o mistrzostwo Polski służb mundurowych
Pałecznica była tego dnia gospodarzem nie jednego, ale dwóch ważnych wydarzeń kolarskich. Równolegle z PZU Zdrowie Pałecznica Race rozegrano Mistrzostwa Polski Służb Mundurowych, dla których przygotowano osobny sektor startowy i własną rywalizację o tytuły mistrzowskie. Zawodnicy ruszali na trasę 43 kilometrów, a wyniki mistrzostw miały swoją rangę niezależnie od klasyfikacji głównego wyścigu.

W rywalizacji kobiet mistrzowski tytuł zdobyła Monika Mazur reprezentująca Policję, która uzyskała czas 1:15:27.27. Magdalena Mikłas z 11 Małopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej straciła do niej 11 minut i 2 sekundy, a brązowy medal wywalczyła Elżbieta Podolak z OSP Łazany.

Znacznie bardziej nerwowo wyglądała walka mężczyzn. Radosław Wasilewski z Reprezentacji Policji wygrał w czasie 1:06:35.06, ale Piotr Szczepanik z CWKS Resovia przegrał z nim o zaledwie 0,89 sekundy. Jakub Krawczyk reprezentujący KP PSP Będzin stracił 0,95 sekundy, więc pierwszą trójkę mistrzostw Polski dzieliło mniej niż jedna sekunda. Przy takiej różnicy nawet klasyczne pytanie, kto pierwszy zobaczył linię mety, nabiera całkiem konkretnego znaczenia.

Dzieci nie czekały na dorosłych

Jednym z najlepszych widoków w całym miasteczku był tor przeszkód przygotowany dla najmłodszych. Wystartowało na nim aż 90 dzieci, w tym mój ośmioletni syn Igor, który również miał tego dnia własne ściganie i własne emocje, a nie rolę dziecka przywiezionego z rodzicem na kilka godzin nudy.

To było ważne, bo dorośli zawodnicy mogli walczyć na trasie, a dzieci nie siedziały w tym czasie pod samochodami, zastanawiając się, kiedy tata albo mama wreszcie skończą się ścigać. Były przeszkody, rowery, zabawa, później dmuchańce, zjeżdżalnie i cała reszta atrakcji, więc impreza przez cały dzień żyła równolegle na kilku poziomach.

Dla wielu najmłodszych był to zresztą pierwszy kontakt z taką formą rywalizacji. Nie trzeba było specjalnie tłumaczyć, że jazda przez przeszkody potrafi dawać frajdę, ponieważ dzieci zwyczajnie robiły swoje, a dorośli mogli tylko patrzeć i próbować później przekonać je, że jednak powrót do domu też jest częścią planu.

Strażacy rano myli drogę, po południu kolarzy

Po wyścigu nikt nie zamierzał udawać, że wszyscy wyglądają świeżo. Rowery były brudne, zawodnicy również, a ubrania po kilku godzinach jazdy po mokrej nawierzchni zaczynały przypominać dowód rzeczowy z miejsca zdarzenia.

Przygotowano stanowiska do mycia rowerów i na tym etapie wszystko wyglądało jeszcze bardzo profesjonalnie. Strażacy ustawili myjki, zawodnicy podprowadzali sprzęt, błoto znikało z ram, kół i napędów, a człowiek miał wreszcie szansę zobaczyć, jaki kolor miał jego rower przed startem.

Potem ktoś uznał, że skoro myjki już są, słońce wyszło, temperatura pozwala na trochę głupoty, a zawodnicy wyglądają niewiele lepiej niż ich sprzęt, szkoda byłoby ograniczać się do karbonu. Ktoś pierwszy skierował strumień na siebie i pojawili się kolejni chętni do prysznica na środku drogi gminnej.

Strażacy pracowali oczywiście z rozsądnym ciśnieniem, dzięki czemu rowery miały szansę przeżyć spotkanie bez konieczności wymiany wszystkich łożysk, natomiast zawodnicy nie mieli już tego komfortu, że mogą ustawić się w bezpiecznej odległości. W ruch poszła woda, błoto zaczęło spływać z butów, spodenek i koszulek, a kolejni kolarze sami ustawiali się pod strumieniem.

Nie wiem, ile wyścigów kończy się tym, że po walce o sekundy zawodnik stoi później w pełnym stroju pod strażacką myjką i śmieje się jak dziecko, ale w Pałecznicy najwyraźniej uznano, że regeneracja może przyjmować różne formy.

Do tego dochodził makaron z warzywami i bezalkoholowe piwo smakowe. Po takim dniu nikt specjalnie nie analizował, czy jest to najbardziej naukowo uzasadniony model odbudowy glikogenu, bo człowiek był najedzony, umyty i wreszcie widział swój rower.

Duża impreza w małym miejscu

Pula nagród wynosząca 60 tysięcy złotych robiła wrażenie, ale sama impreza miała znacznie więcej elementów, które pokazywały jej skalę. Duże miasteczko rowerowe, obecność firm związanych z branżą, atrakcje dla dzieci, 500 zawodników i komplet pakietów sprzedany tydzień przed startem nie wzięły się przecież z przypadku.

Dekoracja odbyła się w amfiteatrze za Domem Kultury. Były rozstawione leżaki i krzesła, przed sceną pojawił się spory tłum zawodników, kibiców i mieszkańców, a w ceremonii uczestniczyli między innymi przedstawiciele władz okolicznych gmin, służb mundurowych oraz generał jako oficjalny przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej..

Sama dekoracja była długa, bo przy takiej liczbie kategorii i nagród trudno było udawać, że wszystko da się zamknąć w pół godziny, ale została poprowadzona w sposób, który pozwolił ludziom zostać i słuchać, zamiast po pierwszych kilku dekoracjach zacząć rozglądać się za samochodem.

Ważniejsza od oficjalnej pompy była jednak atmosfera. W jednym miejscu spotkali się zawodnicy, rodziny, dzieciaki bawiące się obok toru przeszkód i mieszkańcy Pałecznicy, a wszystko wyglądało bardziej jak duże lokalne wydarzenie sportowe niż wyścig wrzucony na kilka godzin w środek kalendarza.

Są też zapowiedzi dalszej współpracy przy kolejnych edycjach, więc wygląda na to, że Pałecznica nie zamierza zamknąć tej historii po pierwszym rozdziale. I dobrze, bo debiut, na który tydzień wcześniej kończą się pakiety, przyciąga 500 zawodników, daje dzieciom własne ściganie, a na końcu wysyła część uczestników pod strażacką myjkę, trudno potraktować jako przypadek.

Pierwsza edycja PZU Zdrowie Pałecznica Race zostawiła po sobie obraz, którego trudno nie zapamiętać. Pięciuset zawodników na trasie, mokry asfalt, miejscami wracająca z pól maź, kilka gleb i dziewięćdziesięcioro dzieci ścigających się obok całego tego zamieszania mogłyby sugerować organizacyjny chaos, ale w Pałecznicy działało to zupełnie inaczej. Organizator reagował szybko, profesjonalnie i z widoczną obsesją na punkcie szczegółów, dlatego mimo ogromu rzeczy dziejących się równocześnie trudno było znaleźć coś rzeczywiście niedopracowanego.

A potem wszystkich i tak trzeba było umyć :)


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl