Miliony widzów, milionowe budżety. Kobiece kolarstwo wpadło w pułapkę własnego sukcesu
Kobiece zawodowe kolarstwo jeszcze nigdy nie było w tak dobrej sytuacji. Tour de France Femmes przyciąga przed telewizory miliony widzów, największe zespoły zwiększają budżety, a zawodniczki mogą wreszcie traktować ściganie jako normalny zawód. Szybka profesjonalizacja ma jednak swoją cenę. Utrzymanie zespołu na najwyższym poziomie kosztuje coraz więcej i nie wszyscy są przekonani, że przychody w kobiecym kolarstwie rosną równie szybko.
Dobrze widać to podczas tegorocznego Tour de France Femmes. Pierwszy etap wyścigu obejrzało we Francji 2,17 mln widzów, co oznaczało 27,6 procent udziału w rynku telewizyjnym. Dzień później przed ekranami było już 2,51 mln osób, a udział wzrósł do 30,1 procent. Była to więc widownia odpowiadająca mniej więcej 80 procentom oglądalności porównywalnych etapów męskiego Tour de France. Takie zestawienie trzeba oczywiście traktować z pewnym dystansem ze względu na różne terminy i godziny transmisji, ale skala zainteresowania kobiecym Tourem nie pozostawia większych wątpliwości.
Coraz większe pieniądze w peletonie
Wraz z popularnością rosną budżety. Średni budżet zespołu Women's WorldTour wynosi obecnie około 4,67 mln euro. W 2022 roku było to około 2,35 mln euro. W ciągu zaledwie kilku lat koszt funkcjonowania ekipy na najwyższym poziomie praktycznie się więc podwoił.
Za tymi liczbami nie stoją wyłącznie pensje zawodniczek. Profesjonalny zespół potrzebuje trenerów, lekarzy, fizjoterapeutów, dietetyków i mechaników. Dochodzą samochody, autobusy, coraz droższy sprzęt, logistyka oraz technologie związane z treningiem i regeneracją. Kobiece ekipy coraz bardziej przypominają pod tym względem struktury znane od lat z męskiego WorldTouru.
Philip Roodhooft, zarządzający kobiecym Fenix-Premier Tech oraz męską ekipą Alpecin-Premier Tech, uważa jednak, że tempo wzrostu kosztów zaczyna być niebezpieczne.
„Wynagrodzenia są wypłacane na poziomie, który przeczy wszelkiej logice”
Roodhooft zwraca uwagę na stosunkowo niewielką liczbę zawodniczek zdolnych regularnie wygrywać największe wyścigi. Najbogatsze zespoły rywalizują o te same kolarki, co naturalnie podbija wartość kontraktów. W efekcie wynagrodzenia na szczycie rosną znacznie szybciej niż jeszcze kilka sezonów temu.
Duże organizacje mają łatwiej
Nie bez znaczenia jest również struktura zespołu. Ekipy posiadające równolegle drużyny męskie i kobiece mogą dzielić część kosztów. Roodhooft podaje przykład sprzętu do regeneracji kupionego przez jego organizację. Najpierw korzystali z niego zawodnicy podczas Tour de France, później ten sam sprzęt trafił do kobiecej ekipy.
Podobnie może być z samochodami, autobusami, personelem, zapleczem treningowym czy rozwiązaniami technologicznymi. Niezależny zespół kobiecy nie ma takiej możliwości i całą infrastrukturę musi finansować ze swojego budżetu. To sprawia, że różnice finansowe pomiędzy ekipami stają się coraz bardziej widoczne. Roodhooft ocenia nawet, że dysproporcje pomiędzy najbogatszymi i najbiedniejszymi zespołami mogą być obecnie większe niż w męskim peletonie.
WorldTour nie zapełnił wszystkich miejsc
Ciekawy sygnał przyniósł proces przyznawania licencji Women's WorldTour na lata 2026-2028. UCI przewidziała możliwość funkcjonowania 15 ekip na najwyższym poziomie, ale ostatecznie przyznała tylko 14 licencji. Na liście znalazły się między innymi Canyon//SRAM Zondacrypto, FDJ United-Suez, Fenix-Premier Tech, Lidl-Trek, Movistar, SD Worx-Protime, Visma | Lease a Bike oraz UAE Team ADQ.
Stephen Delcourt, właściciel i menedżer FDJ United-Suez, którego budżet szacowany jest na około 5 mln euro, porównuje prowadzenie kobiecej ekipy do funkcjonowania startupu bez własnego kapitału. Zespoły wciąż pozostają mocno uzależnione od sponsorów, a ich wieloletnie zobowiązania nie zawsze idą w parze z równie długimi gwarancjami finansowania. Fakt, że przy szybko rosnącej popularności kobiecego kolarstwa nie udało się obsadzić wszystkich dostępnych miejsc w WorldTourze, daje więc do myślenia.
Tour to jedno, cały sezon to drugie
Tour de France Femmes zapewnia sponsorom ogromną ekspozycję, ale takich wyścigów w kalendarzu jest niewiele. Według Roodhoofta w całym sezonie znajduje się około 25-30 dni ścigania naprawdę atrakcyjnych z komercyjnego punktu widzenia. W tej grupie są przede wszystkim Tour, Giro oraz najważniejsze klasyki. Wiele pozostałych imprez nadal ma problem z odpowiednią obecnością w telewizji i mediach. Z punktu widzenia zespołu oznacza to, że koszty ponoszone są przez cały sezon, podczas gdy największą wartość dla sponsorów generuje stosunkowo niewielka część kalendarza.
I właśnie tutaj leży sedno sprawy. Nie chodzi o to, że zawodniczki nagle zaczęły zarabiać za dużo. Przez lata jednym z największych problemów kobiecego kolarstwa były niskie wynagrodzenia, brak stabilnych kontraktów i sytuacja, w której nawet zawodniczki ścigające się na wysokim poziomie nie zawsze mogły utrzymywać się wyłącznie ze sportu. Rosnące pensje są więc jednym z najbardziej oczekiwanych efektów profesjonalizacji. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy wraz z nimi szybko rosną wszystkie pozostałe koszty prowadzenia zespołu, a przychody i wartość komercyjna całego kalendarza nie nadążają za tym tempem.
UCI przenosi część kosztów na organizatorów
Od sezonu 2026 organizatorzy wyścigów Women's WorldTour płacą zespołom o 20 procent wyższe świadczenia związane z uczestnictwem. Zwiększono również liczbę pokoi hotelowych podczas wyścigów etapowych, których koszt pokrywają organizatorzy. Dla pojedynczej ekipy nie są to zmiany rozwiązujące problem finansowania, ale w skali całego sezonu pozwalają ograniczyć część wydatków.
Znacznie ważniejsze może być dalsze rozwijanie kalendarza. Im więcej wyścigów zapewniających dobrą transmisję, zainteresowanie kibiców i obecność w mediach, tym łatwiej zespołom uzasadnić przed sponsorami rosnące budżety.
Popularność już jest. Teraz trzeba na niej zarobić
Sytuacja kobiecego kolarstwa zmieniła się w zadziwiająco krótkim czasie. Jeszcze kilka lat temu dyskusja dotyczyła przede wszystkim tego, jak zapewnić zawodniczkom podstawowe warunki do zawodowego uprawiania sportu. Dzisiaj rozmawiamy o wielomilionowych budżetach, walce najbogatszych ekip o najlepsze kolarki i kosztach profesjonalnych struktur. Nie oznacza to, że kobiece kolarstwo znalazło się w kryzysie. Wręcz przeciwnie. Rekordowa widownia Tour de France Femmes pokazuje, że zainteresowanie kibiców jest realne i nadal rośnie. Teraz trzeba sprawić, aby podobny wzrost następował również po stronie przychodów zespołów i organizatorów.
Najbliższe lata pokażą więc nie tyle, czy kobiece kolarstwo może być popularne, bo odpowiedź na to pytanie już znamy. Znacznie ciekawsze jest to, czy uda się zbudować wokół tej popularności stabilny biznes, który pozwoli finansować coraz bardziej profesjonalny peleton bez uzależniania jego przyszłości od kilku najbogatszych sponsorów.
Fotografia ilustracyjna / AI

komentarze