Orient Gravel w Krynkach. Najpierw słońce, potem armagedon na Szlaku Tatarskim
Krynki miały być jednym z najbardziej charakterystycznych przystanków tegorocznego Orient Gravel i chyba nikt, kto pojawił się w sobotę na Podlasiu, nie może powiedzieć, że zabrakło mu wrażeń. Były szerokie szutry, Puszcza Knyszyńska, Wzgórza Sokólskie, nadgraniczne miejscowości, niezwykli ludzie i pogoda, która postanowiła przygotować dla zawodników własny punkt programu. Na starcie trzeciej tegorocznej odsłony cyklu stanęło ponad 300 kolarzy z całej Polski. Do wyboru mieli trzy dystanse, a najdłuższa trasa Mega Szuter liczyła 197 kilometrów.
Orient Gravel to zresztą bardzo specyficzna formuła. Niby jest numer startowy, pomiar czasu i klasyfikacja. Można się ścigać, liczyć waty, pilnować koła i walczyć o każdą sekundę. Z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, aby pojechać własnym tempem i potraktować trasę jako przewodnik po miejscach, do których prawdopodobnie nigdy sami byśmy nie trafili. Organizatorzy od początku stawiają właśnie na Polskę Wschodnią, spokojne drogi, szutry i tereny położone z dala od dużego ruchu samochodowego.

I chyba właśnie za to polubiłem Orient Gravel. Każdy jedzie tu po swoje. Jedni po wynik. Inni po przygodę. Jeszcze inni po zdjęcia, widoki i historie, które później można opowiadać przez kolejne miesiące, albo wspominać i opowiadać wnukom.
Przez pierwszą połowę wyścigu pogoda mogła dawać nadzieję, że złowieszcze prognozy po prostu się nie sprawdzą. Było słońce, było ciepło i momentami naprawdę trudno było uwierzyć, że zapowiadana burza może dotrzeć właśnie tutaj. Ostrzeżenia jednak nie były bezpodstawne. 11 lipca dla województwa podlaskiego, w tym powiatu sokólskiego, prognozowano rozwój komórek burzowych, opady sięgające lokalnie 20 mm oraz porywy wiatru do 60 km/h.

Będąc na trasie, w pewnym momencie zacząłem słyszeć pojedyncze uderzenia. Jedno. Chwila ciszy. Kolejne. I następne. Brzmiało to trochę tak, jakby ktoś gdzieś daleko strzelał z moździerza. Przyznam, że biorąc pod uwagę bliskość granicy państwa, było to dość zastanawiające.
Niedługo później rozmawiałem z jednym z zawodników. Jadąc zapytał, czy moim zdaniem burza go dogoni. Spojrzałem w niebo i odpowiedziałem, że może przejdzie bokiem.
No cóż.
Nie przeszła.

Pojedyncze, ale powtarzające się raz za razem uderzenia zaczęły się zagęszczać. Po chwili nie było już żadnych wątpliwości. To, co wcześniej przypominało odległy ostrzał, zmieniło się w regularny łoskot burzy. Niebo pociemniało, lunął deszcz i rozpoczęła się druga połowa wyścigu. Armagedon.
Organizatorzy po zawodach napisali, że w Krynkach pogoda po raz kolejny dołożyła „element dodatkowej przygody”. To bardzo eleganckie określenie tego, co działo się na trasie, ale nawet najbardziej przemoczeni zawodnicy docierali na metę z uśmiechami. Pierwsze materiały publikowane przez uczestników pokazują podobny obraz – są debiuty na 73 kilometrach, sportowe niedosyty i podsumowania bardzo dobrej soboty na gravelowych trasach wokół Krynek.

Osobny akapit należy się drogom. A właściwie szutrowym autostradom.
Sporo dróg prowadzących przez tamtejsze lasy jest wysypanych szutrem i ma taką szerokość, że spokojnie mogą minąć się na nich dwa samochody. W innych regionach Polski nie jest to częsty widok. Tutaj takich traktów jest naprawdę dużo. Długie, proste, czasem ciągnące się gdzieś daleko pomiędzy ścianami lasu i polami. Sam organizator przed zawodami określał część z nich mianem leśnych „autostrad”.
Poruszając się po trasie wyścigu samochodem, miałem momentami wrażenie, że odcinki asfaltowe służą mi jedynie do tego, żeby przeciąć region i dojechać do kolejnej szutrowej autostrady. Potem znowu szuter, las i długa droga przed siebie. To idealny teren nie tylko do organizacji wyścigów gravelowych, ale też do długich rowerowych wypraw. Takich bez konkretnego celu. Jedziesz, skręcasz i sprawdzasz, dokąd prowadzi kolejna droga.

Ale Podlasie to nie tylko krajobraz. To przede wszystkim ludzie.
Podczas całego dnia wielokrotnie zatrzymywałem się przy posesjach, szukając kolejnych miejsc do fotografowania zawodników. Ani razu nie spotkałem się z niechęcią. Przy jednym z domów gospodarz zaprosił mnie do częstowania się wiśniami prosto z drzewa. Przy innej posesji zaproponowano mi swojski kompot do picia. Zwyczajnie. Bez zastanawiania się, kim jestem i po co stoję z aparatem przy drodze.
Mam wrażenie, że czas biegnie tutaj trochę wolniej. Wciąż jest sporo zabudowań pamiętających ubiegły wiek, a patrząc na niektóre z nich można się zastanawiać, czy nie pamiętają jeszcze dwóch. Oczywiście coraz więcej domów jest modernizowanych, pojawiają się nowe dachy, elewacje i ogrodzenia. Mimo wszystko klimat tych niewielkich miejscowości nadal jest zupełnie inny niż w centralnej czy zachodniej części kraju.

Ludzie potrafią lecieć na drugi koniec świata, szukając egzotyki, ciszy i miejsca, w którym można na chwilę odłączyć się od codzienności. Tymczasem Podlasie mamy tak blisko. I naprawdę można tutaj odpocząć. Zwolnić. Nabrać dystansu do codziennej rzeczywistości. Usiąść na chwilę i po prostu patrzeć na drogę, las albo drewniany dom stojący przy niej dłużej, niż żyje większość z nas.
Skracając sobie drogę pomiędzy jednym punktem, z którego robiłem zdjęcia, a kolejnym, nie mogłem też odpuścić wizyty w miejscu, które przed wojną miało stać się… Centrum Świata. Mowa o Wierszalinie, osadzie związanej z postacią Proroka Ilji. Z dawnego miejsca pozostał dziś właściwie tylko jeden budynek – dom, w którym mieszkał Eliasz Klimowicz. Cisza, las i historia tego miejsca sprawiają, że trudno przejechać obok niego obojętnie. Szczególnie gdy wcześniej poznało się historię Wierszalina i ludzi, którzy naprawdę wierzyli, że właśnie tutaj powstaje nowa stolica świata.

Moja obecność z aparatem nie pozostała też niezauważona w pobliżu granicy z Białorusią. W jednym z miejsc, w którym fotografowałem zawodników, złożyła mi wizytę Straż Graniczna.
Rozmowa była bardzo miła. Funkcjonariuszy ciekawiło, co robię, dlaczego stoję właśnie w tym miejscu i gdzie później będzie można zobaczyć zdjęcia. Wszystko odbyło się z dużą kulturą. Porozmawialiśmy, wyjaśniłem, że fotografuję wyścig, powiedziałem kilka słów o VeloNews.pl. Na koniec pożegnaliśmy się z uśmiechami i każde z nas wróciło do swoich obowiązków. Oni do pilnowania granicy. Ja do polowania na kolejnych zawodników pojawiających się na długiej prostej.

Sportowo również było bardzo szybko. Mega Szuter wygrał Adam Gardulski z Rafbike Cycling Team, który 197 kilometrów pokonał w czasie 6:14:04.8. Wśród kobiet zwyciężyła Magdalena Sokół. Na dystansie Szuter najszybsi byli Ignas Kertenis i Bogusia Rycharska, a Szuterek wygrali Dawid Bojarczak oraz Elwira Kołodziejczyk. Co ciekawe trzech pierwszych zawodników dzieliło zaledwie siedem dziesiątych sekundy.
Po Krynkach jeszcze mocniej utwierdziłem się w przekonaniu, że Orient Gravel jest czymś więcej niż kolejnym cyklem wyścigów. Ta formuła pozwala się ścigać. Naprawdę mocno się ścigać. Ale jednocześnie daje możliwość poznawania miejsc, ludzi i zakątków Podlasia, które w normalnych okolicznościach bardzo łatwo ominąć.

W Krynkach dostaliśmy wszystko. Słońce, burzę, ulewny deszcz, szerokie szutry, lasy, pogranicze i ogromną dawkę podlaskiej serdeczności.
Miałem tylko jeden błąd w mojej prognozie.
Burza jednak nie przeszła bokiem.

komentarze