​Unbound Gravel 2026. Miłość i nienawiść pośrodku Kansas.

Emporia nie jest miejscem, do którego trafia się przypadkiem. Niewielkie miasto położone w środku Kansas przez większość roku funkcjonuje jak wiele podobnych miejscowości na amerykańskim Środkowym Zachodzie. Wszystko zmienia się jednak pod koniec maja, kiedy tysiące kolarzy z całego świata przyjeżdża tutaj na Unbound Gravel. Dla mieszkańców to znacznie więcej niż kolejna impreza sportowa. Szacuje się, że wyścig generuje dla lokalnej gospodarki około 20 milionów dolarów rocznie, dlatego całe miasto żyje tym wydarzeniem na długo przed startem. Restauracje, hotele, sklepy i lokalne firmy funkcjonują wtedy w zupełnie innym rytmie. Na ulicach pojawiają się zawodnicy i zawodniczki z Europy, Australii, Ameryki Południowej i praktycznie każdego zakątka Stanów Zjednoczonych. To również jedna z rzeczy, które najbardziej zaskakują europejskiego uczestnika. Unbound nie odbywa się w centrum wielkiej metropolii ani w znanym kurorcie turystycznym. Flint Hills to przede wszystkim bezkresne pastwiska, pola, szutrowe drogi i wzgórza ciągnące się po horyzont. Właśnie tutaj powstał wyścig, który dla wielu osób jest dziś najważniejszym wydarzeniem w światowym gravelu. Przez kilka dni przed startem trudno znaleźć miejsce, które nie byłoby związane z rowerami. Expo tętni życiem od rana do wieczora. Odbywają się wspólne przejazdy, spotkania z zawodnikami, premiery sprzętu i sesje autografów. Charakterystyczny jest również brak wyraźnej granicy pomiędzy amatorami i zawodowcami. Kilka minut po spotkaniu z gwiazdami gravela można usiąść obok nich przy kawie albo spotkać ich podczas rozjazdu po okolicznych szutrach. Dodatkowego znaczenia imprezie nadaje fakt, że Unbound jest częścią cyklu Life Time Grand Prix. To sześć najbardziej prestiżowych amerykańskich wyścigów off-road, w których rywalizuje pięćdziesięciu najlepszych zawodników i zawodniczek. W grze są duże pieniądze, kontrakty sponsorskie i możliwość zbudowania kariery na najwyższym poziomie. Dla wielu uczestników jest to droga z poziomu ambitnego amatora do pełnoprawnego profesjonalisty. Wszystko odbywa się przy dużym zainteresowaniu kibiców, a transmisje i materiały filmowe dostępne są za darmo, co dodatkowo buduje popularność całego cyklu. 

Moja historia z Unbound zaczęła się jednak znacznie wcześniej niż w Emporii. Jeszcze kilka miesięcy przed wyścigiem sam start nie był wcale oczywisty. Problemy zdrowotne sprawiły, że przez pewien czas nie mogłem normalnie trenować. Kiedy pojawiła się możliwość zapisania do loterii startowej, potraktowałem to trochę jako dodatkową motywację do powrotu. Jeżeli zostanę wylosowany, nie będzie już miejsca na wymówki. 24 listopada dostałem wiadomość, która uruchomiła cały proces.

Zostałem wylosowany. 

Od tego momentu przygotowania zaczęły nabierać tempa. Początkowo wydawało mi się, że najważniejsza będzie forma sportowa. Bardzo szybko okazało się jednak, że w przypadku Unbound równie istotna jest logistyka, sprzęt i próba przewidzenia rzeczy, których przewidzieć się nie da. Przez kolejne miesiące robiłem dokładnie to samo, co większość debiutantów. Chłonąłem wszystko, co tylko dało się znaleźć na temat wyścigu. Godziny spędzone na YouTube, relacje z poprzednich edycji, analizy tras, sprzętu i strategii zawodników pozwalały stopniowo budować obraz imprezy, ale jednocześnie prowadziły do jednego wniosku. Każda edycja wygląda inaczej. Jednego roku głównym przeciwnikiem jest upał, kolejnego błoto, które potrafi całkowicie zatrzymać rower, innym razem wiatr, który przez wiele godzin nie pozwala znaleźć choćby chwili wytchnienia. Nawet temat aerodynamiki zaczął wyglądać inaczej niż w większości wyścigów gravelowych. Na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwne analizowanie pozycji czy oporu powietrza przy średnich prędkościach znacznie niższych niż w wyścigach szosowych. Kiedy jednak człowiek zaczyna czytać relacje uczestników i widzi, że przez wiele godzin jedzie samotnie przez otwarte przestrzenie Kansas, walcząc niemal wyłącznie z wiatrem, nagle wszystko zaczyna mieć sens. Przez długi czas nie było również wiadomo, którędy pojedzie tegoroczna trasa, a w Emporii kierunek ma ogromne znaczenie. Południe, północ czy zachód oznaczają nie tylko inne drogi, ale często zupełnie inne warunki i charakter wyścigu. Organizatorzy tradycyjnie trzymali szczegóły w tajemnicy niemal do ostatniej chwili, dlatego pozostawało analizowanie poprzednich edycji i próba zgadywania, co tym razem przygotowano dla zawodników. 

Kiedy 13 maja opublikowano przebieg trasy, stało się jasne, że jubileuszowa edycja będzie wyjątkowa. Organizatorzy postanowili połączyć najbardziej charakterystyczne fragmenty z ostatnich dwudziestu lat historii wyścigu. Na mapie znalazły się między innymi Texaco Hill, Teeter Hill, Kahola Dam oraz Sharpes Creek Road. Dla osób śledzących Unbound od lat były to nazwy, które natychmiast przywoływały konkretne wspomnienia i historie. Wraz z publikacją trasy rozpoczęły się ostatnie przygotowania sprzętowe. Kluczowe decyzje dotyczyły przede wszystkim opon i prześwitu ramy. Historia Unbound wielokrotnie pokazywała, że błoto potrafi być znacznie groźniejsze od podjazdów czy dystansu. Wystarczyło obejrzeć kilka materiałów z poprzednich edycji, żeby zobaczyć zawodników ciągnących rowery całkowicie oblepione gliną. Przez miesiące analizowałem różne scenariusze, co zrobić w przypadku awarii napędu, uszkodzenia koła, przebicia opony albo gwałtownego załamania pogody. Efektem była długa lista zapasowych części i sprzętu przygotowanego na punktach wsparcia. Na trasie i tak zostajesz w dużej mierze zdany na siebie, ale przynajmniej część ryzyka można ograniczyć. Ogromną rolę odgrywał support, mój brat zgodził się pomagać podczas wyścigu, dzięki czemu mogliśmy przygotować kilka wariantów działania. W praktyce oznaczało to nie tylko zapasowe bidony czy jedzenie, ale również dodatkowe koła, części i narzędzia. Wśród nich znalazł się nawet niepozorny drewniany patyk do mieszania farby, który w świecie Unbound od dawna ma status sprzętu niemal obowiązkowego. Jeżeli błoto zacznie zalepiać ramę i napęd, taki kawałek drewna może okazać się bardziej przydatny niż najbardziej zaawansowane narzędzie wielofunkcyjne. Im bliżej było startu, tym częściej wracała jedna myśl. W Unbound nie wygrywa ten, kto przygotował najlepszy plan. Najczęściej wygrywa ten, kto najlepiej radzi sobie wtedy, gdy plan przestaje mieć znaczenie.

Wyścig zaczyna się wcześniej
Dzień przed startem trudno było znaleźć w Emporii miejsce, w którym nie rozmawiano o rowerach, Expo tętniło życiem od rana do wieczora, zawodnicy odbierali pakiety startowe, ostatni raz sprawdzali sprzęt, a rozmowy praktycznie zawsze schodziły na te same tematy. Jakie opony wybrałeś, ile bidonów zabierasz na pierwszy odcinek, gdzie planujesz support i przede wszystkim, co zrobi pogoda. W Kansas to ostatnie pytanie nigdy nie jest przypadkowe, prognozy wyglądały całkiem dobrze, ale każdy, kto choć trochę zna historię Unbound, wie, że tutaj warunki potrafią zmienić się szybciej niż sytuacja w peletonie podczas klasyku. Wystarczy kilka godzin, żeby suche drogi zamieniły się w błotną pułapkę albo żeby spokojny poranek zakończył się gwałtowną burzą. 

Wieczorem wszystko było już gotowe. Rower sprawdzony, bidony przygotowane, punkty wsparcia rozpisane. Pozostawało tylko spróbować zasnąć. To ostatnie okazało się znacznie trudniejsze, ale emocje robią swoje i każdy chyba zna ten moment. 

Start

Pobudka przyszła zdecydowanie za wcześnie, ale w dniu Unbound mało kto zwraca na to uwagę. W okolicach linii startu jeszcze przed świtem panował ruch, jakiego trudno spodziewać się w mieście tej wielkości, tysiące zawodników, wolontariuszy i kibiców tworzyło atmosferę bardziej przypominającą wielką imprezę sportową niż gravelowy wyścig pośrodku prerii. Najpierw ruszyli zawodowcy, chwilę później kobiety, a następnie kolejne grupy zawodników. Kiedy w końcu przyszła moja kolej, emocje szybko opadły i  koncentracja na trasie i założeniach wzięły górę. Przez pierwsze kilometry wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie przez ostatnie miesiące, szybkie grupy, duża liczba zawodników i charakterystyczne napięcie wynikające z tego, że każdy chce znaleźć się we właściwym miejscu zanim zacznie się prawdziwa selekcja. A ta w Kansas zwykle przychodzi szybciej, niż większość chciałaby przyznać. 

Pierwsze błoto 

O błocie Unbound słyszałem od miesięcy. Widziałem zdjęcia, oglądałem filmy i czytałem relacje zawodników, którzy opowiadali o rowerach oblepionych gliną do tego stopnia, że przestawały się obracać koła. Co innego jednak oglądać to na ekranie, a co innego znaleźć się w środku takiej sytuacji. Pierwsze trudniejsze fragmenty pojawiły się stosunkowo wcześnie i od razu przypomniały wszystkim, że w Kansas bardzo często nie wygrywa najmocniejszy zawodnik, ale ten, którego rower po prostu jedzie dalej. Prześwit ramy, szerokość opon i odrobina szczęścia zaczęły mieć znaczenie porównywalne z mocą generowaną na pedałach. W wielu miejscach wystarczyło zjechać kilka centymetrów z ubitej linii, żeby koła zaczęły zbierać błoto. Chwilę później napęd pracował już ciężej, a zawodnik zamiast ścigać się z innymi, walczył z własnym sprzętem. To właśnie wtedy przypomniały mi się wszystkie materiały oglądane zimą i historie o zawodnikach, którzy stracili szansę na dobry wynik nie przez brak formy, ale przez kilka centymetrów błota.

Karolina 

Jednym z ciekawszych momentów pierwszej części wyścigu było minięcie Karoliny Migoń. Dla europejskiego uczestnika trudno przejść obok takiej sytuacji obojętnie. Jeszcze niedawno oglądałem relacje z jej zwycięstwa, a teraz jechaliśmy po tej samej trasie. Zamieniliśmy kilka słów i każde pojechało dalej swoim tempem. Dopiero później okazało się, że nie był to jej dzień i nie ukończyła wyścigu. To kolejny dowód na to, że Unbound bardzo skutecznie przypomina wszystkim, jak cienka granica dzieli świetny występ od ogromnego rozczarowania. 

Support

Pierwszy punkt wsparcia był jednym z tych momentów, które wcześniej wydają się mało istotne, a podczas wyścigu nagle urastają do rangi wydarzenia dnia. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy widok znajomej twarzy działa zaskakująco dobrze. Mój brat już czekał. Szybkie czyszczenie napędu, świeży smar, nowe bidony, jedzenie i kilka zdań wymienionych w pośpiechu. Wszystko trwało zaledwie kilka minut, ale pozwalało wrócić na trasę z poczuciem, że plan nadal działa. A w Unbound to wcale nie jest oczywiste. 

Flint Hills 

Im dalej prowadziła trasa, tym bardziej zaczynałem rozumieć, dlaczego tylu zawodników mówi o wyjątkowości Flint Hills. To nie są góry, nie ma tutaj wielkich podjazdów, które robią wrażenie na zdjęciach, krajobraz budują niekończące się fale wzgórz, szutrowe drogi ciągnące się po horyzont i przestrzeń tak ogromna, że momentami trudno uwierzyć, że naprawdę znajduje się człowiek pośrodku tego wszystkiego. W pewnym momencie pojawiły się również pola naftowe. Widok pomp pracujących pośród zielonych wzgórz tworzył krajobraz zupełnie inny od wszystkiego, co znamy z Europy. To właśnie wtedy coraz częściej wracało pytanie, które przez kilka godzin siedziało z tyłu głowy. Czy nie jadę za mocno? Organizm odpowiadał dobrze, nogi pracowały bez większych problemów, ale doświadczenie podpowiadało, że w wyścigu tej długości rachunek za początek przychodzi później. 

Burza 

W otwartym terenie Kansas nie trzeba specjalnie wypatrywać pogody, pogoda sama przychodzi do ciebie. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się coraz ciemniejsze chmury. Początkowo wyglądały niegroźnie, ale z każdym kolejnym kilometrem stawało się jasne, że sytuacja rozwija się w nieciekawym kierunku. W Flint Hills trudno się schować, tu nie ma lasów, nie ma większych skupisk zabudowań, nie ma miejsc, które dawałyby poczucie bezpieczeństwa podczas gwałtownej burzy. Jest tylko droga i zawodnicy rozsiani na niej przez dziesiątki kilometrów. Patrząc na ciemniejące niebo, miałem wrażenie, że właśnie kończy się pierwsza część mojego Unbound. Ta część, w której wszystko jeszcze przebiega zgodnie z planem. Za chwilę wyścig miał pokazać swoje znacznie bardziej wymagające oblicze.

Foto:granfondoguide.com 2026

Moment prawdy
Około 175 kilometra wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było awarii, nie było kraksy, nie urwałem przerzutki ani nie przebiłem opony. Właśnie dlatego ten moment okazał się tak podstępny. Rower działał bez zarzutu. To ja przestałem działać. Jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej kontrolowałem sytuację, pilnowałem tempa i realizowałem założenia. Tymczasem energia zaczęła wyraźnie spadać. Każdy kolejny podjazd stawał się trudniejszy, a utrzymanie grupy wymagało coraz większego wysiłku. W takich momentach człowiek szybko przekonuje się, że Unbound nie jest wyścigiem wyłącznie przeciwko innym zawodnikom. Przez większość dnia jedziesz przede wszystkim przeciwko własnym ograniczeniom. Na trasie rozmów jest niewiele. Każdy funkcjonuje w swoim świecie, próbując poradzić sobie z tym, co akurat dzieje się w głowie i nogach. Nawet zawodowcy po kilku godzinach często zostają sami. Bez tłumu kibiców, bez samochodów technicznych i bez kolegów z drużyny. Tylko oni, droga i kolejne kilometry.

Burza wraca 

Do punktu wsparcia dojechałem zgodnie z planem. Wokół panował kontrolowany chaos. Jedni gorączkowo naprawiali sprzęt, inni uzupełniali bidony, część zawodników siedziała po prostu na ziemi, próbując odzyskać trochę sił. Mój brat ponownie czekał na miejscu. Krótki postój, jedzenie, uzupełnienie płynów i szybka ocena sytuacji. Wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Kilka minut później niebo miało inne zdanie. Najpierw pojawiły się pojedyncze krople deszczu, chwilę później rozpętała się ulewa. Temperatura gwałtownie spadła, a droga w krótkim czasie zaczęła przypominać płynącą rzekę. Woda spływała po szutrze, zawodnicy chowali głowy między ramionami, próbując przeczekać najgorsze.  Po kilkunastu minutach burza zaczęła odpuszczać, wyszło słońce i równie szybko, jak zrobiło się zimno, zrobiło się gorąco. Termometry ponownie urosły do 30 st C. Organizm musiał radzić sobie nie tylko z dystansem, ale też z warunkami zmieniającymi się niemal z godziny na godzinę. 

Tryb przetrwania 

W tym momencie wyścig definitywnie przestał przypominać realizację planu przygotowanego wiele miesięcy wcześniej. W głowie pojawił się prostszy cel. Jechać dalej. Przestałem myśleć o średniej prędkości, miejscu czy wyniku, znacznie ważniejsze stało się utrzymanie regularnego tempa, jedzenie i kontrolowanie sytuacji na tyle, na ile było to możliwe. Do mety było jeszcze bardzo daleko. Pamiętam moment, w którym zacząłem dzielić trasę na krótkie fragmenty. Nie interesowało mnie już, ile kilometrów zostało do Emporii. Liczył się kolejny zakręt, następne wzniesienie i kolejny łyk wody. Paradoksalnie właśnie wtedy zacząłem rozumieć, dlaczego Unbound ma taką reputację. Nie chodzi o sam dystans, bo wiele osób jest w stanie przejechać 300 kilometrów, problem polega na tym, że tutaj przez cały dzień coś próbuje odebrać ci energię. Raz jest to wiatr, innym razem błoto, później temperatura, a na końcu własny organizm. 

Tunel 

Jednym z charakterystycznych punktów końcówki trasy był zalany tunel. W normalnych warunkach można byłoby przejechać go bez większego zastanowienia. Tym razem wyglądał zdecydowanie mniej zachęcająco i decydowałem się zejść z roweru. Po kilkunastu godzinach jazdy uszkodzenie sprzętu byłoby ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałem. Kilka minut straty nie miało większego znaczenia. Awaria mogła oznaczać koniec całego dnia. To była jedna z tych decyzji, które podejmuje się bez większych emocji, wystarczy spojrzeć na sytuację i wybrać rozwiązanie dające największą szansę dotarcia do mety. 

Ostatni support 

Punkt wsparcia na 262 kilometrze pamiętam wyjątkowo dobrze. Po raz pierwszy nie interesował mnie czas postoju, nie myślałem o tym czy stracę minutę albo dwie więcej niż planowałem, chciałem po prostu usiąść, coś zjeść i dać organizmowi chwilę oddechu. Mój brat wykonał tego dnia ogromną pracę. Przez wiele miesięcy rozmawialiśmy o sprzęcie, trasie i logistyce, ale dopiero podczas wyścigu widać było, jak duże znaczenie ma obecność kogoś, kto pomaga ogarnąć rzeczy, o których zawodnik nie chce już myśleć. Do mety pozostawało jeszcze około siedemdziesięciu kilometrów. Na papierze niewiele, ale po ponad dziesięciu godzinach jazdy bardzo dużo.

Powrót 

Kilka kilometrów po opuszczeniu punktu wsparcia zauważyłem pierwszą pozytywną zmianę. Nogi nadal były zmęczone, ale kryzys przestał się pogłębiać. Później pojawił się żel z kofeiną. Trudno powiedzieć, ile było w tym fizjologii, a ile zwykłej psychologii, ale organizm zaczął ponownie współpracować. W oddali nadal było widać kolejne opady, tym razem jednak burze omijały trasę. Drogi również zaczęły się zmieniać, coraz częściej pojawiały się szybkie, twarde odcinki szutru, które wielu uczestników określa mianem szampańskiego gravela. Po całym dniu walki z błotem, wodą i ciężkimi sektorami jazda po takiej nawierzchni sprawiała niemal przyjemność, w pewnym momencie zacząłem nawet ciągnąć niewielką grupę zawodników. Brzmi to lepiej, niż wyglądało w rzeczywistości, bo moja moc była wtedy daleka od ideału i bardziej przypominała solidne Z2 niż wyścigowe ściganie. Problem polegał na tym, że większość osób wokół przeżywała dokładnie to samo, każdy miał już za sobą własny kryzys.

Meta 

Na ostatnich kilometrach coraz częściej pojawiały się oznaki powrotu do cywilizacji. Więcej ludzi, więcej samochodów i coraz silniejsze poczucie, że ten dzień rzeczywiście zbliża się do końca, ostatni podjazd przed metą zabolał bardziej, niż powinien. Kilku zawodników wykorzystało jeszcze resztki energii i odjechało do przodu. Patrzyłem na to bez większych emocji, nie po to leciałem do Kansas. Kilka chwil później pojawiła się meta.

Po trzynastu godzinach, czterdziestu dziewięciu minutach i dwudziestu czterech sekundach Unbound Gravel 200 stał się częścią mojej historii. 

Oficjalny wynik okazał się lepszy, niż zakładałem przed startem. 356 miejsce open spośród 1252 sklasyfikowanych zawodników, 329 miejsce wśród mężczyzn i 51 miejsce w kategorii M45-49 dały dużą satysfakcję, ale po takim dniu liczby schodzą na drugi plan. Znacznie lepiej pamięta się ludzi stojących przy drogach pośrodku niczego. Brata czekającego na punktach wsparcia. Błoto przyklejające się do ramy. Burzę nad Flint Hills. Chwilę, w której rower działał idealnie, a organizm odmówił współpracy. To właśnie z takich momentów składa się Unbound. Tegoroczna jubileuszowa edycja była dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od najbardziej rozpoznawalnego wyścigu gravelowego świata. Piękna, brutalna, momentami frustrująca i jednocześnie dająca ogromną satysfakcję. To klasyczna relacja love hate. W trakcie wyścigu bez problemu można znaleźć dziesiątki powodów, żeby mieć go dość. Kilka minut po przekroczeniu mety znacznie trudniej znaleźć powód, żeby tu nie wrócić.


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl