Rollercoaster i rzeźnia. McNulty mistrzem świata w Montrealu
Dwa słowa najlepiej opisują męski wyścig elity w Montrealu: rollercoaster i rzeźnia. Po 273,7 kilometra, 3803 metrach przewyższenia i ponad sześciu godzinach jazdy Brandon McNulty został mistrzem świata. Zanim jednak Amerykanin samotnie przeciął linię mety, układ wyścigu zmieniał się tak często, że jeszcze kilkanaście kilometrów przed końcem trudno było przewidzieć, kto za chwilę znajdzie się na czele.
Zaczęła się rzeźnia
Około 100 kilometrów przed metą skończyło się kontrolowanie wyścigu. Wczesna ucieczka została skasowana, peleton szybko się kurczył, a kolejne ataki rozrywały go na coraz mniejsze grupy. Mathieu van der Poel pojawiał się w niemal każdej niebezpiecznej akcji, aktywni byli Wout van Aert, Primož Roglič, Oscar Onley i Quinn Simmons, a Amerykanie konsekwentnie utrzymywali kilku zawodników blisko przodu.
Na około 80 kilometrów przed metą z przodu jechała już bardzo mocna szóstka: van der Poel, van Aert, Simmons, Roglič, Onley i Anthon Charmig. Chwilę później wszystko znowu się przetasowało. Jedni odpadali, inni przeskakiwali z grupy do grupy, a przewagi potrafiły w ciągu kilku minut zmniejszyć się niemal do zera.
Michał Kwiatkowski wciąż był wtedy w grze. Przy około 70 kilometrach do mety Polak prowadził mocno uszczuplony peleton, tracący nieco ponad minutę do czołówki. Z przodu coraz wyraźniej zaznaczała się jednak przewaga liczebna reprezentacji USA. Brandon McNulty, Quinn Simmons i Matteo Jorgenson dawali Amerykanom kilka różnych możliwości rozegrania finału.
McNulty ruszył 32 kilometry przed metą
Po kolejnej serii ataków czołówka znów się połączyła. Najpierw ruszyli Jorgenson i Giulio Ciccone, natychmiast odpowiedział Tom Pidcock, a chwilę później McNulty zaatakował z prawej strony grupy. Zostały 32 kilometry i początkowo wyglądało to bardziej na kolejny ruch w wyścigu, w którym podobnych prób było już mnóstwo, niż na akcję po tęczową koszulkę.
Dziesięć sekund szybko zrobiło się trzydziestoma pięcioma, a na dwie rundy przed końcem przewaga Amerykanina przekroczyła minutę. McNulty, czwarty tydzień wcześniej w mistrzostwach świata na czas, robił dokładnie to, co potrafi najlepiej. Na szybszych fragmentach składał się aerodynamicznie i jechał własny, równy wyścig, podczas gdy za nim trwała kolejna seria ataków, kontr i oglądania się jeden na drugiego.
Jorgenson wykonywał przy tym robotę, której nie pokaże końcowy wynik. Nie miał najmniejszego powodu, żeby pomagać w pogoni za kolegą z reprezentacji, więc siadał na kołach kolejnych atakujących, reagował na ruchy rywali i zostawiał im całą pracę. Przy grupie pełnej zawodników, z których każdy chciał wygrać, ale żaden nie chciał przywieźć do mety konkurentów, każda taka chwila działała na korzyść McNulty’ego.
Dziesięć sekund. I wszystko zaczęło się od nowa
Na początku ostatniej rundy McNulty miał jeszcze 53 sekundy przewagi. Wtedy Tom Pidcock ruszył na Camillien-Houde i nagle z bezpiecznego zapasu zostało około szesnastu sekund. Brytyjczyk był bardzo blisko, ale nie zdołał zamknąć ostatnich metrów.
Pościg ponownie zwolnił. Jorgenson siedział na kolejnych kołach, nikt nie chciał wykonać całej pracy za pozostałych, a McNulty po wyjechaniu na łatwiejszy fragment znowu ułożył się aerodynamicznie i odbudował przewagę do blisko pół minuty. Chwilę wcześniej wydawało się, że Amerykanin zostanie złapany. Kilka kilometrów później znów miał wyścig w swoich rękach.
Atakowali jeszcze Mauro Schmid, Pidcock i van der Poel, ale Jorgenson niemal za każdym razem pojawiał się na kole ruszającego zawodnika. McNulty po takim finale może spokojnie postawić koledze z reprezentacji duże piwo.
Trzynaście sekund i tęczowa koszulka
Brandon McNulty przeciął linię mety po 6 godzinach, 17 minutach i 4 sekundach. Trzynaście sekund później Michael Matthews wygrał sprint po srebro przed Mathieu van der Poelem. Quinn Simmons był czwarty, Isaac del Toro piąty, a kolejne miejsca zajęli Mads Pedersen, Tom Pidcock, Matteo Jorgenson, Giulio Ciccone i Ben Healy.
Dla Matthewsa to już czwarty medal mistrzostw świata elity w wyścigu ze startu wspólnego – po srebrze z 2015 roku oraz brązowych medalach z 2017 i 2022. Van der Poel dołożył kolejny medal do swojego dorobku, a Amerykanie umieścili aż trzech zawodników w pierwszej ósemce. To najlepiej pokazuje, jak dobrze rozegrali wyścig, w którym przewaga liczebna pod koniec była równie ważna jak same nogi.

Z czterech Polaków do mety dotarł tylko Michał Kwiatkowski. Mistrz świata z Ponferrady z 2014 roku zajął 50. miejsce. Mateusz Gajdulewicz, Jakub Kaczmarek i Piotr Pękala nie ukończyli wyścigu.
Pierwszy Amerykanin od 1993 roku
McNulty został trzecim Amerykaninem w historii, który zdobył mistrzostwo świata elity w wyścigu ze startu wspólnego. Greg LeMond wygrywał w 1983 i 1989 roku, a ostatnim przed McNultym był Lance Armstrong w 1993. Na kolejny amerykański tytuł trzeba było więc czekać 33 lata.
Montreal nie jest dla McNulty’ego przypadkowym miejscem. Rok wcześniej wygrał tutaj Grand Prix Cycliste de Montréal, a dwa tygodnie przed mistrzostwami ponownie stanął na podium tej imprezy, zajmując trzecie miejsce. Tym razem potrzebował jednak czegoś więcej niż znajomości trasy – 32 kilometrów samotnej jazdy, bardzo mocnych nóg, pomocy kolegów i odrobiny klasycznego chaosu w grupie pościgowej.
Dostał wszystko. Brandon McNulty został mistrzem świata, a Montreal zakończył tegoroczne mistrzostwa wyścigiem, w którym przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów praktycznie nic nie pozostawało takie samo dłużej niż kilka minut.
Foto: UCI

komentarze