175 km Van der Poela to karta wstępu do bardzo starego klubu
W niedzielę Mathieu van der Poel zaatakował trzy kilometry po starcie ostatniego etapu Tour de Luxembourg. Do mety pozostawało jeszcze 174 km, a etap miał w sumie 177 km i ponad 3000 metrów przewyższenia. Holender przejechał samotnie praktycznie całą trasę, mimo że peleton przez długie kilometry próbował zlikwidować stratę. Na mecie miał 1:04 przewagi nad Mikkellem Honoré i 1:09 nad Pepijnem Reinderinkiem. Sam po wyścigu przyznał, że taki scenariusz nie był planem. Znalazł się z przodu, poczuł dobre nogi i zamiast czekać na grupę pojechał własnym tempem.
Właśnie ten szczegół jest być może ważniejszy od samej liczby kilometrów. W niedzielę szybko pojawiły się określenia o jednej z najdłuższych solowych akcji w historii, a część publikacji nazwała ją nawet najdłuższym takim przejazdem XXI wieku. Problem w tym, że wystarczy sięgnąć do archiwów, żeby zobaczyć, że 174–175 km nie jest rekordem. Jest natomiast dystansem, który w dzisiejszym kolarstwie trzeba rozpatrywać w zupełnie innym kontekście niż podobne liczby sprzed kilkudziesięciu czy ponad stu lat. Van der Poel przejechał samotnie około 174–175 km, zależnie od tego, jak dokładnie liczyć moment rozpoczęcia ataku. To ogromny dystans, zwłaszcza na etapie liczącym 177 km i prowadzącym przez trasę z ponad 3000 metrami przewyższenia. Nie jest to jednak liczba, która pozwala postawić go na pierwszym miejscu historycznej tabeli.

René Pottier
Historia wielkich wyścigów zna znacznie dłuższe samotne przejazdy, a niektóre z nich dzieli od Luksemburga więcej niż pół wieku. W 1906 roku René Pottier wygrał etap Tour de France z Grenoble do Nicei po samotnej jeździe liczącej około 325 km. Dzisiaj ten dystans wygląda niemal niewiarygodnie, ale porównywanie go bezpośrednio z występem Van der Poela byłoby błędem. Tour de France z początku XX wieku funkcjonował według innych zasad, miał inną formułę klasyfikacji, inne dystanse etapów, inną organizację wyścigu i zupełnie inne warunki ścigania. Sam Tour podaje jednak, że 325 km Pottiera pozostaje najdłuższą zwycięską solową akcją w historii imprezy.

Albert Bourlon
Jeżeli z tego historycznego ekstremum cofniemy się do epoki, którą można już znacznie sensowniej zestawiać ze współczesnym Tour de France, pojawia się Albert Bourlon. W 1947 roku zaatakował praktycznie zaraz po starcie etapu z Carcassonne do Luchon. Do pokonania miał 253 km i przez znaczną część dnia jechał samotnie, a w połowie etapu jego przewaga nad peletonem sięgała 29 minut. Nie był to jednak przypadek, w którym zawodnik po uzyskaniu wielkiej przewagi mógł już spokojnie odliczać kilometry do mety. Bourlon musiał jeszcze przejechać przez Pireneje, a na finiszu miał 16:20 przewagi nad Norbertem Callensem. Oficjalna historia Tour de France określa jego akcję jako najdłuższą solową jazdę współczesnej historii wyścigu, z zastrzeżeniem epizodu Pottiera z 1906 roku. Bourlon nie był przy tym jedynym zawodnikiem, który potrafił spędzić na czele ponad dwieście kilometrów.

W historii Tour de France takich występów jest więcej i właśnie ich obecność pokazuje, że długie samotne rajdy przez lata były jednym z elementów języka tego wyścigu. Thierry Marie w 1991 roku zaatakował po 25 km 259-kilometrowego etapu z Arras do Le Havre. Samotnie przejechał 234 km, wygrał z przewagą 1:54 i odzyskał żółtą koszulkę. Oficjalny Tour klasyfikuje jego przejazd jako drugi najdłuższy solowy rajd w historii wyścigu po Bourlonie. W tej historii pojawia się zresztą szczegół, który dobrze pokazuje, jak długie akcje potrafiły łączyć różne pokolenia kolarstwa. Człowiekiem jadącym w samochodzie dyrektora sportowego obok Marie był Bernard Quilfen, który czternaście lat wcześniej sam zapisał podobną historię.

W 1977 roku Quilfen przejechał samotnie 222 km na etapie z Besançon do Thonon-les-Bains i wygrał z przewagą 3:14. W 1965 roku José Pérez Francés pokonał samotnie 223 km na trasie Ax-les-Thermes–Barcelona i zwyciężył z przewagą 4:23. Frédéric Vichot w 1985 roku miał na koncie około 209 km samotnej jazdy, a Pierre Beuffeuil w 1966 roku przejechał 204,5 km solo, również kończąc etap zwycięstwem. Dane ProCyclingStats zastrzegają, że w przypadku najstarszych edycji baza może być niepełna, ale nawet przy takim zastrzeżeniu skala dawnych rajdów pozostaje czytelna. To ważne, ponieważ łatwo patrzeć na 174–175 km Van der Poela jak na wydarzenie wyrwane z historii. Tymczasem podobne akcje były kiedyś częścią normalnego repertuaru wielkich wyścigów, choć oczywiście odbywały się w warunkach, których nie można bezpośrednio porównywać z obecnym peletonem. Zmieniły się rowery, przełożenia, nawierzchnie, sposób odżywiania i przekazywania informacji, ale przede wszystkim zmieniła się zdolność zespołów do kontrolowania wyścigu. Tour de France nie ma zresztą monopolu na długie solowe zwycięstwa. Giro d'Italia ma własny rozdział tej historii, a najdłuższy odnotowany przez ProCyclingStats solowy przejazd zakończony zwycięstwem należy do Stephana Joho.

W 1989 roku Szwajcar przejechał samotnie 211 km na szóstym etapie z Potenzy do Campobasso. Drugi w zestawieniu jest Fausto Coppi, którego legendarne Cuneo–Pinerolo z 1949 roku obejmowało 192 km samotnej jazdy. Coppi jest tutaj szczególnie dobrym przykładem, ponieważ jego przypadek pokazuje, jak niewiele mówi sama długość akcji. 192 km nie daje mu pierwszego miejsca w tabeli Giro, ale Cuneo–Pinerolo stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych występów w historii kolarstwa. Znaczenie takiej jazdy zależy bowiem nie tylko od tego, ile kilometrów zawodnik przejechał samotnie, lecz także od tego, jak powstała przewaga, jaki był profil trasy, kto znajdował się za jego plecami, jak wyglądała walka o klasyfikację i w jakich warunkach zawodnik musiał utrzymać swoją przewagę. Sama liczba kilometrów nigdy nie opowiada całego wyścigu.

Fausto Coppi
Polskie kolarstwo również ma w tej historii własny rozdział. W 2003 roku Bartosz Huzarski wygrał siódmy etap Wyścigu Pokoju z Lübben do Naumburga, liczący 213,6 km. Zaatakował po 13 km i przez około 200 km jechał samotnie. Na mecie miał ponad pięć minut przewagi nad peletonem. Początkowo grupa nie traktowała tej akcji jako zagrożenia dla klasyfikacji generalnej, ponieważ Huzarski nie był niebezpieczny dla lidera Steffena Wesemanna. Kiedy jednak stało się jasne, że samotny zawodnik nie zamierza zwolnić, odrobienie straty okazało się już znacznie trudniejsze. Po latach Huzarski wspominał, że był wtedy młodym i mało znanym zawodnikiem, a peleton zwyczajnie go zlekceważył. W tym przypadku szczególnie dobrze widać mechanikę długiego solo. Decyzja o ataku jest tylko początkiem, a później zostają już pacing, żywienie, kontrolowanie własnego wysiłku i ciągłe ocenianie, czy przewaga jest jeszcze wystarczająca, żeby kontynuować akcję. Z drugiej strony peleton musi zdecydować, ile kosztuje go pościg i czy warto ponosić ten koszt na tym etapie wyścigu. Jeżeli grupa przez zbyt długi czas uznaje samotnego zawodnika za nieistotnego, przewaga może przestać być problemem, który da się rozwiązać jednym przyspieszeniem.

Bartosz Huzarski
Bardzo podobny mechanizm pojawił się rok później w Hiszpanii. W 2004 roku David Zabriskie zaatakował na trzecim kilometrze jedenastego etapu Vuelta a España. Etap miał 165 km, a Amerykanin przejechał samotnie około 162 km. Wygrał z przewagą 1:11 nad Alessandro Petacchim. Istotny jest przy tym szczegół, który Zabriskie podkreślał po etapie: atak nie był zaplanowany. To właśnie ten element pozwala zestawić jego historię z Van der Poelem bez tworzenia sztucznej analogii.

David Zabriskie
Holender również zaatakował na trzecim kilometrze, a później przyznał, że nie zakładał takiego przebiegu etapu. Znalazł się z przodu, poczuł dobre nogi i zaczął jechać własnym tempem. Różnica polega na tym, że w Luksemburgu ta spontaniczna decyzja została utrzymana przez kolejne 174–175 km na trasie z ponad 3000 metrami przewyższenia. Współczesny peleton jest pod tym względem zupełnie innym organizmem niż ten, w którym ścigali się Pottier, Bourlon czy nawet Quilfen. Zespoły znacznie dokładniej wiedzą, jaka jest przewaga, szybciej oceniają zagrożenie i dysponują większymi możliwościami organizowania pościgu. Informacja o sytuacji na drodze dociera natychmiast, tempo można precyzyjniej kontrolować, a zespoły mogą rozdzielać pracę między wielu zawodników. Trudniej jest pozwolić jednemu kolarzowi odjechać na kilka czy kilkanaście minut i dopiero po długim czasie uznać, że trzeba zacząć odrabiać stratę. Dlatego 174–175 km Van der Poela nie powinno być oceniane wyłącznie przez porównanie z liczbami z dawnych tabel. Na około 100 km przed metą Holender miał nad peletonem około pięciu minut przewagi. Grupa pościgowa zdołała chwilowo zmniejszyć stratę, ale Van der Poel ponownie odjechał. Ostatecznie przejechał samotnie praktycznie cały 177-kilometrowy etap i utrzymał przewagę do mety, gdzie Mikkel Honoré stracił 1:04, a Pepijn Reinderink 1:09. Jeżeli ułożymy same liczby, otrzymamy zestawienie, w którym René Pottier ma około 325 km, Albert Bourlon 253 km, Thierry Marie 234 km, José Pérez Francés 223 km, Bernard Quilfen 222 km, Stephan Joho 211 km, Frédéric Vichot około 209 km, Pierre Beuffeuil 204,5 km, Bartosz Huzarski około 200 km, Fausto Coppi 192 km, Mathieu van der Poel około 174–175 km, a David Zabriskie około 162 km. Taka tabela jest przydatna, ale niewiele mówi o tym, jak trudne było utrzymanie każdego z tych dystansów. Liczby porządkują historię, lecz nie wyjaśniają jej mechaniki. Van der Poel nie pobił więc historycznego rekordu długiej solowej jazdy. Nie zbliżył się do 325 km Pottiera, nie przebił 253 km Bourlona ani 234 km Marie, a nawet wśród wymienionych przykładów znajduje się kilka akcji przekraczających dwieście kilometrów. Zrobił jednak coś, co w obecnym modelu ścigania wymaga bardzo specyficznego połączenia możliwości fizycznych, umiejętności zarządzania wysiłkiem i właściwej oceny sytuacji w wyścigu. Długie solo należy do najstarszych testów kolarstwa szosowego. Zmieniały się rowery, przełożenia, nawierzchnie, długość etapów, sposób przekazywania informacji, możliwości zespołów i tempo peletonu. Nie zmienił się natomiast podstawowy problem zawodnika, który zostaje sam na kilkadziesiąt czy ponad sto kilometrów przed metą: musi znaleźć własne tempo i utrzymać je wystarczająco długo, aby przewaga nie zaczęła topnieć szybciej, niż rosną kolejne kilometry. Van der Poel w Luksemburgu odpowiedział na to pytanie przez 174–175 km. Nie ustanowił rekordu i nie wszedł do historii jako najdłuższy samotny zwycięzca wielkiego wyścigu. Dostał jednak kartę wstępu do bardzo starego klubu, którego członkowie od ponad stu lat sprawdzają tę samą rzecz: ile czasu można spędzić samemu przeciwko całemu peletonowi, zanim licznik kilometrów przestanie być sprzymierzeńcem, a zacznie odmierzać drogę do pościgu.

Mathieu van der Poel

komentarze