Małopolska Tatra Road Race 2026. Podhale też rozdawało karty wyścigowe
O tym, jak będzie wyglądała tegoroczna Małopolska Tatra Road Race, można było zacząć dyskutować już na parkingu przed Rewitą. Jedni zakładali kurtki i długie rękawiczki, inni pojawili się na starcie praktycznie w letnim zestawie. Rano było 10-12 stopni i lekka mżawka, asfalt był mokry, a nad Podhalem wisiały niskie chmury. Potem ktoś najwyraźniej uznał, że zawodnikom może być mimo tych warunków za łatwo: wyszło słońce, temperatura szybko poszła w górę, a na trasie pojawił się mocny wiatr. I właśnie on, obok gór, okazał się jednym z tych elementów, których nie dało się zostawić na starcie razem z niepotrzebną kurtką.
XII edycja Małopolska Tatra Road Race zgromadziła na starcie ponad tysiąc zawodników. Do wyboru były trzy dystanse: HARD liczący 46,55 km i 1355 m przewyższenia, AS - 82,3 km i 2300 m oraz HELL - 118,15 km i 3240 m. Start znajdował się przy AMW Rewita w Kościelisku, a wyścig kończył się na Butorowym Wierchu. Organizator rozłożył więc zawodników na trzy różne wersje tego samego problemu, z których najdłuższą wybrało ponad 250 osób. Największym zainteresowaniem cieszył się dystans AS. Oficjalne informacje potwierdzają skalę imprezy: na liście startowej znalazło się ponad tysiąc nazwisk, a starty wszystkich grup zaplanowano między 10:30 a 11:05.

Z Rewity na Salamandrę
Pierwsze kilometry szybko przypomniały, po co większość zawodników przyjechała do Kościeliska. Salamandra, która od lat jest jednym z charakterystycznych punktów tego wyścigu, ponownie zrobiła swoje. Niezależnie od wybranego dystansu to właśnie tam zaczynało być widać, kto będzie później walczył o czołowe miejsca, kto znajdzie się w grupie mogącej jechać swoim tempem, a kto będzie musiał od początku zarządzać stratami.
To zresztą ciekawa cecha tego wyścigu, bo Salamandra nie musi rozstrzygać wszystkiego do końca, żeby mieć ogromne znaczenie. Czołówka układa się tam bardzo wcześnie, ale później dochodzi jeszcze cała seria mniejszych przetasowań. Niektórzy zawodnicy, którzy początkowo jechali wysoko, później odpadali albo kończyli udział w wyścigu, inni stopniowo przesuwali się do przodu. Pierwszy podjazd jest więc bardziej filtrem niż metą, choć pozycje zajmowane na jego szczycie bardzo często mówią sporo o tym, jak będzie wyglądała dalsza część rywalizacji.
W tegorocznej edycji znaczenie miała również pogoda. Początkowa mżawka szybko ustąpiła, po mniej więcej godzinie pojawiło się słońce, a temperatura wzrosła o około 4-5 stopni. Dla jednych oznaczało to ulgę, dla innych konieczność pozbycia się części odzieży. Na trasie można było zobaczyć niemal pełny przekrój pomysłów na wrześniowy strój: od zawodników jadących w kurtkach i długich rękawiczkach, przez tych z kamizelkami rozpinanymi w miarę wzrostu temperatury, aż po czołówkę ubrana praktycznie jak w środku lata- krótki rękaw, bez rękawków, bez rękawiczek i bez nogawek.

Problemem nie była jednak wyłącznie temperatura. Wiatr wyraźnie wpływał na przebieg rywalizacji, szczególnie na szybkich odcinkach, gdzie potrafił skutecznie odebrać ochotę do rozpędzania roweru, ale jego działanie było odczuwalne również na podjazdach. W zacienionych fragmentach, których na trasie nie było zresztą bardzo dużo, asfalt długo pozostawał mokry. W kilku miejscach droga była całkowicie wilgotna, co przy górskich zjazdach wymagało zwyczajnie większej uwagi.
Po wyścigu zawodnicy opowiadali o kilku kraksach. W większości przypadków kończyło się na szlifach i możliwości kontynuowania jazdy, były jednak również przypadki złamań obojczyków. Nie był to więc dzień, w którym można było całkowicie wyłączyć czujność po tym, jak rano przestało padać. Podhalańska pogoda zrobiła swoje, ale sporo zależało też od tego, jak poszczególni zawodnicy poradzili sobie z tempem, zmęczeniem i zmieniającą się nawierzchnią.
Adam Wójcik ( Król dystansu HELL) od początku pilnował czołówki i szybko przeszedł do konkretnego ścigania:
„Pierwszy podjazd jechałem równo z przodu peletonu, obserwując rywali. Około 300 metrów przed pierwszą premią zaatakowałem i wygrałem premię specjalną. Potem spokojnie zjechałem, czekając na grupę. Uformowała się grupa czteroosobowa, zaczęliśmy współpracować i zyskaliśmy bezpieczne dwie minuty przewagi. Na każdej kolejnej górskiej premii atakowałem, ostatecznie wygrywając również klasyfikację najlepszego górala”.

Bachledówka, czyli tutaj zaczyna się drugi wyścig
Jeżeli Salamandra odpowiada za pierwsze poważne porządkowanie stawki, to Bachledówka jest miejscem, które zostaje w pamięci z zupełnie innego powodu. Ten fragment Tatra Road Race ma swój charakter i trudno pomylić go z przypadkowym punktem żywieniowym ustawionym gdzieś przy drodze.
Bachledówkę widać i słychać z daleka. W tym roku głośniki pracowały na tyle mocno, że trudno było przejechać obok obojętnie, a za oprawę muzyczną odpowiadał Red Bull. Bufet również nie wyglądał jak miejsce, w którym ktoś tylko szybko podaje bidon i przesuwa się do następnego zawodnika. Był 226ERS w formie izotoniku, woda w kubkach, banany i inne suplementy. Oficjalnie organizator przewidywał jeden bufet dla HARD, dwa dla AS i trzy dla HELL, właśnie na kolejnych przejazdach przez okolice Bachledówki.

Był przy tym jeszcze jeden element, którego regulamin raczej nie przewidywał. Banany podawały kobiety przebrane za zakonnice. Czy były to rzeczywiście zakonnice, czy tylko bardzo przekonująco ucharakteryzowane osoby z obsługi, tego nie udało się ustalić. W każdym razie widok zakonnicy podającej banana kolarzowi walczącemu na górskim wyścigu jest jednym z tych obrazków, które trudno wyrzucić z pamięci po kilku godzinach jazdy.
Sam bufet był przygotowany bardzo dobrze i właśnie w takich szczegółach widać różnicę między zwykłym punktem żywieniowym a miejscem, które staje się częścią charakteru imprezy. Zawodnik może przejechać przez Bachledówkę tylko na chwilę, ale dostaje tam jednocześnie jedzenie, picie, hałas, ludzi, muzykę i świadomość, że wokół dzieje się coś więcej niż tylko kolejny kilometr do odhaczenia. Oficjalne materiały organizatora od lat wskazują Bachledówkę jako jeden z charakterystycznych punktów wyścigu, a wcześniej pojawiały się tam również owoce, woda, Red Bull i izotonik.
Trzy dystanse, trzy różne wyścigi
Tegoroczny układ tras powodował, że wspólna nazwa imprezy nie oznaczała wspólnego przebiegu rywalizacji. HARD kończył się znacznie wcześniej, AS prowadził zawodników dalej, a HELL wymagał drugiej rundy i zdecydowanie większego zarządzania siłami. W przypadku najdłuższego dystansu punkt kontrolny na 64,3 km był jednocześnie miejscem, w którym kończyła się trasa AS i gdzie zawodnicy HELL musieli mieć jeszcze wystarczający zapas czasu, aby kontynuować rywalizację. Organizator wyznaczył tam limit 13:30.
Właśnie dlatego wyniki poszczególnych dystansów warto czytać osobno. Na HARD zwycięstwo mężczyzn rozstrzygnęło się właściwie na finiszu, ponieważ Mateusz Burda wyprzedził Karola Kalandyka o zaledwie 2,96 sekundy. Trzeci Piotr Bochnak stracił do zwycięzcy 1:13,94. Wśród kobiet Weronika Jabłońska wygrała wyraźnie, a Sylwia Szafraniec była druga ze stratą 6:23,94. Trzecia Anna Kolasa przyjechała 12:03,14 po zwyciężczyni.

Tuż po dekoracji zapytaliśmy zwycięzcę dystansu krótkiego o przebieg rywalizacji, Mateusz Burda odpowiedział nam:
„Na moim dystansie czołówkę uformowała oczywiście Salamandra, po której zostało pięciu zawodników walczących o zwycięstwo. Jechaliśmy wspólnie do momentu premii specjalnej na Bachledówce, gdzie trochę podkręciłem tempo i zostałem z jednym kolegą. Ogólnie musiałem jechać ten wyścig bardziej pasywnie, ponieważ startowałem na nie swoim rowerze. Do mety jechaliśmy we dwójkę, kontrolując przewagę nad pozostałą trójką, a o zwycięstwie zadecydował finisz. Standardowo, jak co roku, wyścig pod względem zabezpieczenia był na wysokim poziomie.”
Na AS różnice na czele również były niewielkie, szczególnie wśród kobiet. Joanna Kucińska pokonała Katarzynę Wełnę o zaledwie 13 setnych sekundy, a Anna Wajs straciła do zwyciężczyni 2:29,49. W męskiej rywalizacji Michał Kielar i Oleksandr Novosad również stoczyli bardzo ciasny pojedynek, który Kielar wygrał o 2,10 sekundy. Dopiero trzeci Bartosz Kołodziejczyk miał już ponad pięć minut straty.

HELL wymagał już innego rodzaju cierpliwości. Wśród kobiet Kamila Wójcikiewicz-Płótkowiak wygrała z Karoliną Mikołajewską o 3:36,60, a Kamila Mróz straciła do liderki 8:13,99. W męskiej czołówce różnice były jeszcze bardziej interesujące: Adam Wójcik wygrał z Bernardem Wojnasem o 15,50 sekundy, a trzeci Patrycjusz Urbanek stracił do zwycięzcy 1:33,49. Przy prawie 120 kilometrach i ponad trzech tysiącach metrów przewyższenia takie różnice pokazują, jak ciasna była walka w czołówce najdłuższego dystansu.
Meta jest na Butorowym, ale impreza wraca do Rewity
Finisz na Butorowym Wierchu ma swoją logikę: po całej trasie trzeba jeszcze dojechać pod górę, a dopiero później można spokojnie zjechać do bazy w Rewicie. To właśnie tam koncentrowała się większa część życia imprezy po ukończeniu wyścigu. Organizator przewidział tam zimny bufet, gorący posiłek, dekoracje, konkursy i strefę zawodów. Pamiątkowy medal otrzymywali wszyscy, którzy ukończyli swój dystans.
W praktyce miasteczko zawodów miało znacznie bardziej rodzinny charakter, niż można byłoby oczekiwać po imprezie, w której rano ponad tysiąc osób rusza w góry, żeby przez kilka godzin cierpieć na rowerze. Za Rewitą, w niewielkim amfiteatrze w parku, przygotowano dekoracje i całą oprawę, której nie można było zarzucić braku rozmachu. Obok działała duża strefa dla dzieci ze zjeżdżalniami, dmuchańcami i boiskami sportowymi, była część gastronomiczna, a przy stoisku z piwem z beczki ustawiła się długa kolejka.
Ten kontrast jest zresztą jednym z ciekawszych elementów Tatra Road Race. Kilka godzin wcześniej ci sami ludzie liczyli sekundy na Salamandrze, walczyli z wiatrem, jechali po mokrym asfalcie i szukali kolejnego bufetu. Po południu siedzieli już w parku, odbierali medale, jedli, pili i obserwowali dekoracje. Całość miała zdecydowanie więcej atmosfery dużego kolarskiego spotkania niż sterylnej imprezy sportowej, w której po przekroczeniu mety zawodnik znika za barierką.
Nad całością cały czas była muzyka, rozmowy o trasie i walce na podjazdach. To również pasuje do charakteru tej imprezy: Tatra Road Race nie próbuje udawać cichego, kameralnego wyścigu dla kilkudziesięciu osób. Skala jest duża, oprawa jest duża, a czasami nawet liczba decybeli wydaje się mieć własną klasyfikację.

Wyniki
Na dystansie HARD wśród kobiet wygrała Weronika Jabłońska z czasem 1:46:26, przed Sylwią Szafraniec (+6:23,94) i Anną Kolasą (+12:03,14). Średnia prędkość zwyciężczyni wyniosła 26,25 km/h. Wśród mężczyzn najlepszy był Mateusz Burda – 1:33:45, drugi Karol Kalandyk (+2,96 s), a trzeci Piotr Bochnak (+1:13,94). Burda uzyskał średnią 29,79 km/h.
Na dystansie AS zwyciężyła Joanna Kucińska – 3:07:18, przed Katarzyną Wełną (+0,13 s) i Anną Wajs (+2:29,49), osiągając średnią 26,36 km/h. W rywalizacji mężczyzn wygrał Michał Kielar – 2:36:20, drugi był Oleksandr Novosad (+2,10 s), a trzeci Bartosz Kołodziejczyk (+5:17,34). Średnia prędkość Kielara wyniosła 31,59 km/h.
Na najdłuższym dystansie HELL zwyciężyła Kamila Wójcikiewicz-Płótkowiak – 4:25:22, wyprzedzając Karolinę Mikołajewską (+3:36,60) i Kamilę Mróz (+8:13,99). Średnia prędkość zwyciężczyni wyniosła 26,71 km/h. Wśród mężczyzn najlepszy był Adam Wójcik – 3:52:18,50, drugi Bernard Wojnas (+15,50 s), a trzeci Patrycjusz Urbanek (+1:33,49). Wójcik przejechał najdłuższy dystans ze średnią 30,52 km/h.
Drużynowa klasyfikacja podczas dekoracji przysporzyła najwięcej emocji i humoru, po podliczeniu sumy przejechanych kilometrów zwyciężyli:
1- Roweroholicy — 4228,88 km
2- Kolarska Grupa Białołęcka — 3261,68 km
3- Personalny Trening Kolarski — 2384,76 km
Klasyfikacje górskie długiego dystansu zdominowali późniejsi zwycięzcy Kobiety: Kamila Wójcikiewicz-Płótkowiak - 64 pkt
Mężczyźni: Adam Wójcik - 61 pkt


komentarze