Janusz W. i orła cień na koszulce mistrza

W kolarstwie można przestać być zawodowcem, nie przestając być zawodnikiem na zawodowym poziomie. Czasem wystarczy, że kończy się kontrakt, drużyna nie przedłuża umowy, sponsor zmienia zdanie albo dyrektor sportowy uznaje, że następny sezon zbuduje z kimś młodszym, tańszym lub po prostu mocniejszym. W dokumentach sprawa wygląda wtedy niezwykle prosto: jednego dnia jesteś zawodnikiem drużyny, a kilka tygodni później już nim nie jesteś. Organizm, niestety dla wszystkich miłośników porządku administracyjnego, nie otrzymuje przy tej okazji żadnego komunikatu nakazującego obniżyć próg mocy i zapomnieć, jak wystawia się koło na samej kresce. 

Tak właśnie wyglądała sytuacja Janusza W. Miał 34 lata, kilka naprawdę mocnych sezonów za sobą i doświadczenie z zawodowego peletonu, które trudno byłoby pomylić z kilkoma ambitnie przejechanymi maratonami w Beskidach. Nie kończył kariery, nie zamierzał też przejść w stan rowerowego spoczynku, w którym człowiek nadal dużo mówi o treningu, ale coraz częściej robi to przy stoliku po dwugodzinnej jeździe i kawałku sernika. Po prostu skończył mu się kontrakt i nie znalazł kolejnego. Ponieważ spełniał kryterium wieku, wykupił licencję Masters. Przepisy mu na to pozwalały. Nie wymagały rocznej karencji, półrocznego odwyku od ścigania ani zaświadczenia lekarskiego potwierdzającego, że kandydat rzeczywiście utracił zdolność jazdy na poziomie, który jeszcze niedawno prezentował w zawodowym peletonie. 

Z formalnego punktu widzenia wszystko było jasne. Janusz stał się zawodnikiem Masters. Ze sportowego punktu widzenia sytuacja była oczywiście nieco bardziej skomplikowana, bo człowiek nie zmienia kategorii sportowej w taki sposób, w jaki zmienia się dokument w systemie. Kilka tygodni wcześniej Janusz był zawodowcem, a kilka tygodni później nadal miał te same nogi, ten sam silnik i mniej więcej tę samą wiedzę o tym, co należy zrobić, kiedy grupa zaczyna przyspieszać na ostatnich kilometrach. Ścigał się więc jako Masters, ale w imprezach pozostających poza kalendarzem PZKol nadal pojawiał się również obok zawodników elity. W jednych wyścigach funkcjonował w jednej kategorii, w innych wracał do drugiej, choć w rzeczywistości nikt nie musiał go nigdzie przenosić. Licencja zmieniła się szybko. Kolarz pozostał tym samym kolarzem. 

W pierwszej części sezonu jego głównym celem były mistrzostwa Polski Masters. Przygotował się do nich normalnie, wystartował normalnie i wygrał normalnie, choć słowo „normalnie” w tej historii ma później nabrać pewnego znaczenia. Stanął na starcie jako pełnoprawny zawodnik swojej kategorii i zdobył tytuł mistrza Polski. Bez kombinowania, bez szukania furtki w regulaminie i bez potrzeby zatrudniania specjalisty od sportowego prawa, który przez trzy noce analizowałby znaczenie słowa „może”. Przepisy przewidywały jego obecność w tej kategorii i tyle wystarczyło. Po zdjęciu koszulki z orłem Janusz szybko zmienił licencję na elitę. Również zgodnie z obowiązującymi zasadami. Wcześniej zdobyty tytuł Masters oczywiście nie zniknął, wyniki nie zostały anulowane, a zdobyta koszulka nie musiała wracać do magazynu tylko dlatego, że zawodnik zdecydował się później przejść do innej kategorii. 

Janusz ponownie znalazł się więc w elicie, gdzie czekały kolejne mistrzostwa Polski. I tam wygrał po raz drugi. W jednym sezonie zdobył dwa tytuły mistrza Polski. Najpierw jako Masters, później jako zawodnik elity. Pomiędzy tymi dwoma startami nie wydarzyło się nic, co można byłoby uznać za sportową transformację. Janusz nie stał się nagle mocniejszy, szybszy ani bardziej wytrenowany tylko dlatego, że zmienił kategorię na licencji. Nie odkrył również cudownej metody treningowej, która pozwoliła mu w kilka tygodni przejść drogę od Masters do elity. Po pierwsze mistrzostwo przyjechał jako Janusz W., po drugie również jako Janusz W. Różnica polegała na tym, że tym razem jego nazwisko znajdowało się w innym miejscu regulaminu. 

I właśnie w tym miejscu historia przestaje być opowieścią o jednym zawodniku, a zaczyna być opowieścią o zasadach. Bo najłatwiejszą rzeczą  byłoby teraz powiedzieć, że Janusz znalazł lukę i wykorzystał system. Tyle że nie. Luka jest czymś, co powstaje pomiędzy przepisami, podczas gdy tutaj możliwość działania znajdowała się wprost w ich konstrukcji. Janusz mógł rozpocząć sezon jako Masters, później zmienić licencję i wrócić do elity. Skorzystał z tego. Wszystko. Nie oszukał nikogo, nie ukrywał przeszłości i nie udawał zawodnika, którym nie był. Co więcej, trudno byłoby oczekiwać od niego czegoś innego. Jeżeli zawodnik ma prawo wystartować w mistrzostwach Polski, przygotowuje się do nich, spełnia wszystkie warunki i czuje się na siłach, żeby walczyć o tytuł, to naprawdę nie powinien sam rezygnować tylko dlatego, że gdzieś po fakcie może pojawić się dyskusja o tym, czy konstrukcja przepisów została dobrze przemyślana. Zadaniem zawodnika jest ścigać się zgodnie z zasadami. Nie ma obowiązku poprawiania regulaminu za federację. Prawdziwe pytanie zaczyna się więc gdzie indziej. Czy możliwość zdobycia w tym samym sezonie najważniejszego tytułu Masters, a następnie najważniejszego tytułu elity, była rzeczywiście tym, co autorzy przepisów chcieli umożliwić? 

To nie jest pytanie o to, czy były zawodowiec może ścigać się w Masters. Tak postawiona dyskusja szybko zamieniłaby się w tradycyjną polską debatę o tym, kto jest za mocny dla kogo i czy przypadkiem nie należałoby przed każdym wyścigiem sprawdzać zawodnikom FTP, historię startów oraz moralną czystość ich przeszłości sportowej. Masters nie jest przecież kategorią stworzoną dla ludzi, którzy po piętnastu latach przerwy postanowili odkopać rower z garażu i sprawdzić, czy łańcuch nadal ma wszystkie ogniwa. W tej kategorii od dawna ścigają się zawodnicy bardzo mocni, doświadczeni i świetnie przygotowani. Sama wysoka forma nie może być podstawą do stwierdzenia, że ktoś nie powinien mieć prawa startu. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedna granica administracyjna okazuje się na tyle ruchoma, że zawodnik może przejść przez nią w obie strony sezonu, pozostawiając po sobie dwa najważniejsze tytuły. Nie ma w tym nic nielegalnego, ale właśnie dlatego sprawa jest ciekawa. Gdyby Janusz złamał przepis, historia byłaby banalna. Regulamin, naruszenie, protest, decyzja komisji i kilka tygodni rozmów o tym, kto co powiedział na odprawie technicznej. Tymczasem on zrobił dokładnie to, co regulamin pozwalał mu zrobić, a dopiero efekt tej decyzji sprawił, że warto ponownie spojrzeć na same zasady. 

Jeżeli Masters i elita mają być rzeczywiście osobnymi kategoriami rywalizacji, to warto zastanowić się, jaką funkcję ma pełnić granica pomiędzy nimi. Skoro może zostać przekroczona w trakcie sezonu w sposób, który pozwala jednemu zawodnikowi zdobyć najważniejsze krajowe tytuły po obu jej stronach, być może przepisy działają zgodnie z literą, ale niekoniecznie odpowiadają na wszystkie pytania dotyczące ich własnego sensu. Nie jest to zarzut wobec Janusza. Przeciwnie, to właśnie jego przypadek najlepiej pokazuje, że zawodnik może postępować całkowicie prawidłowo, a mimo to efekt końcowy może ujawnić problem, którego wcześniej nie dostrzeżono. 

Janusz W. nie przechytrzył systemu. Być może po prostu przejechał przez niego dokładnie tak, jak wyznaczały mu drogę przepisy, a na mecie zostawił dwie biało-czerwone koszulki i jedno znacznie ciekawsze pytanie od wszystkich tych, które zwykle pojawiają się po mistrzostwach. Nie o to, czy miał prawo je zdobyć, bo miał. O to, czy regulamin rzeczywiście chciał mu na to pozwolić.


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl