Orient Gravel w Gołdapi. Mazury naprawdę są garbate

W sobotę 15 sierpnia w Gołdapi odbyła się kolejna tegoroczna odsłona Orient Gravel. Bazą zawodów ponownie był Las Kumiecie, skąd zawodnicy ruszali na trzy trasy: Szuterek, Szuter i Mega Szuter. Nazwy dystansów trzeba przy tym traktować dość umownie, bo przygotowane ślady liczyły odpowiednio około 85, 133 i 197 kilometrów. Najdłuższy Mega Szuter wystartował o godzinie 8:00, godzinę później ruszył Szuter, a o 10:00 Szuterek. Trasy prowadziły przez okolice Gołdapi, Mazury Garbate i Puszczę Romincką, a dwa dłuższe warianty docierały również w okolice Stańczyków. Mega Szuter prowadził jeszcze dalej, na Suwalszczyznę, w okolice Wiżajn i Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

Do Gołdapi pojechałem z aparatem i planem sfotografowania zawodników w kilku miejscach na trasie. W praktyce oznaczało to sporo kilometrów samochodem, ciągłe zerkanie na mapę, szukanie skrótów i kombinowanie, jak dostać się w kolejne miejsce przed nadjeżdżającymi grupami. Przy tego typu imprezie samo znalezienie dobrego kadru to tylko połowa sukcesu. Później trzeba jeszcze zdążyć do niego dojechać, ustawić się, zrobić zdjęcia i ruszyć dalej. Nie wszędzie dało się skorzystać z alternatywnych dróg, więc część trasy przejechałem dokładnie tymi samymi szutrami, którymi jechali zawodnicy.

Mazury naprawdę są garbate

Nazwę Mazury Garbate znałem oczywiście wcześniej, ale dopiero podczas tego wyjazdu przekonałem się, jak dobrze oddaje charakter tych okolic. Spodziewałem się lasów, szutrów, jezior i otwartej przestrzeni, natomiast zdecydowanie nie spodziewałem się aż takiej liczby pagórków. Jeden podjazd przechodzi tam w zjazd, po którym zaraz pojawia się kolejne wzniesienie. Nie są to żadne wielkie góry i z perspektywy samochodu wiele z tych pagórków wygląda zupełnie niewinnie, ale kiedy nazbiera się ich przez blisko 200 kilometrów, robi się z tego całkiem konkretny profil.

Sam krajobraz bardzo szybko zaczął mi przypominać Shire z „Władcy Pierścieni”. Zielone, pofałdowane wzgórza, pola, małe drogi przecinające teren, pojedyncze drzewa i kolejne pagórki pojawiające się za horyzontem wyglądały momentami dokładnie jak obrazki z filmowej krainy hobbitów. Brakowało właściwie tylko charakterystycznych okrągłych drzwi w zboczach i samych mieszkańców Shire. Zamiast nich po szutrach przesuwali się zawodnicy Orient Gravel i podejrzewam, że po którymś kolejnym podjeździe część z nich patrzyła na te piękne wzgórza zdecydowanie mniej romantycznie niż ja zza aparatu.

To ukształtowanie terenu jest jedną z rzeczy, które najbardziej mnie w tej okolicy zaskoczyły. Gdy ktoś mówi „Mazury”, przed oczami pojawiają się przede wszystkim jeziora, lasy i raczej spokojny teren. Tymczasem okolice Gołdapi potrafią być bardzo pofałdowane. Z punktu widzenia fotografa jest to świetne, bo droga co chwilę gdzieś znika, pojawia się wyżej albo otwiera się na kolejny fragment krajobrazu. Z punktu widzenia zawodnika oznacza natomiast, że tych metrów w pionie zbiera się znacznie więcej, niż można byłoby początkowo przypuszczać.

Kurz, szutry i trochę przeprosin

Drugą rzeczą, którą trudno było tego dnia przeoczyć, był kurz. Było sucho, więc na szutrach wystarczył przejazd samochodu albo większej grupy zawodników, żeby nad drogą pojawiła się jasna chmura pyłu. Na części zdjęć widać to bardzo dobrze. Czasem zawodnik przejeżdżał w pełnym słońcu, a chwilę później kolejny wyłaniał się już z tumanu kurzu pozostawionego przez kogoś jadącego przed nim. Fotograficznie wyglądało to momentami bardzo dobrze, chociaż dla jadących za samochodem albo inną grupą zapewne miało trochę mniej uroku.

Sam niestety też dołożyłem do tego trochę od siebie. Żeby zrobić zdjęcia w kilku różnych miejscach, musiałem co jakiś czas wyprzedzić zawodników i znaleźć się przed nimi. Czasem oznaczało to przejechanie kilku kilometrów, innym razem zaledwie kilkuset metrów. Wszystko zależało od tego, co zobaczyłem po drodze. Jeśli trafiał się ciekawy widok, dobre światło albo miejsce, w którym trasa układała się tak, że warto było się zatrzymać, stawałem praktycznie od razu. Innym razem trzeba było pojechać znacznie dalej, zanim znalazłem kadr, który miał sens.

Nie zawsze dało się przy tym znaleźć równoległą asfaltową drogę czy sensowny objazd. Czasami jedynym wyjściem był ten sam szuter, którym jechali uczestnicy. Starałem się przejeżdżać spokojnie, zostawiać możliwie dużo miejsca i nie robić nikomu problemów, ale samochód na suchej drodze swoje waży i kurz podnosi niezależnie od dobrych chęci. Jeśli więc ktoś z uczestników po moim przejeździe przez chwilę miał mnie serdecznie dość, to przepraszam. Musiałem się jednak jakoś przedostać przed Was, żeby chwilę później stanąć przy trasie z aparatem.

Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że ruch na trasie nie ograniczał się wyłącznie do samochodów związanych z wyścigiem. Drogi nie były zamknięte i normalnie korzystali z nich mieszkańcy, a niektóre przejeżdżające auta potrafiły zostawić za sobą znacznie większą zasłonę niż ja. To zresztą jedna z rzeczy, które na zdjęciach dobrze pokazują charakter tej imprezy. Orient Gravel odbywa się w normalnym terenie, na drogach, które cały czas żyją swoim codziennym życiem.

Stańczyki po ponad dwudziestu latach

Na Stańczyki czekałem szczególnie. Przed wyjazdem pisałem już na VeloNews, dlaczego to miejsce jest dla mnie ważne. Ponad dwadzieścia lat temu fotografowałem tam charakterystyczne mosty kolejowe, a jedno z wykonanych wówczas zdjęć znalazło się później na mojej wystawie fotograficznej. Kiedy okazało się, że trasa Orient Gravel będzie prowadzić praktycznie obok nich, wiedziałem, że nawet jeśli tego dnia najważniejsi będą zawodnicy, kilka minut na powrót pod mosty po prostu muszę znaleźć.

Sama trasa nie prowadziła bezpośrednio pod konstrukcję i w zasadzie trudno byłoby ją tam poprowadzić. Z jednej strony znajduje się parking, z drugiej ogrodzone pole, a z drogi, którą jechali uczestnicy, widać tylko fragment mostu. Byłem jednak tak blisko, że przejechanie obok bez zajrzenia w miejsce, które pamiętałem sprzed ponad dwóch dekad, nie wchodziło w grę. Na chwilę zszedłem więc z trasy zawodów, wziąłem aparat i poszedłem zrobić kilka ujęć.

Nie próbowałem odtwarzać tamtych starych fotografii jeden do jednego, bo po tylu latach byłoby to zresztą bez sensu. Zmieniło się otoczenie, zmienił się sprzęt, zmieniło się światło i przede wszystkim sam inaczej dziś patrzę przez aparat. Chciałem jednak znaleźć kilka podobnych kadrów i zobaczyć, jak to miejsce wygląda z perspektywy człowieka, który pamięta je jeszcze z czasów fotografowania na kliszy. Zrobiłem kilka zdjęć, popatrzyłem chwilę na mosty i wróciłem do pracy przy wyścigu. Dwadzieścia kilka lat temu to właśnie one były głównym tematem mojego przyjazdu. Teraz były krótkim przystankiem podczas dnia, w którym zdecydowanie najwięcej miejsca na karcie pamięci zajęli ludzie na rowerach.

Gravel zza aparatu

Fotografowanie zawodów gravelowych wygląda inaczej niż robienie zdjęć klasycznego wyścigu szosowego. Nie ma jednej zwartej czołówki, za którą w przewidywalnym porządku przesuwa się reszta stawki. Na trasie pojawiają się grupy jadące w bardzo różnym tempie i z bardzo różnym nastawieniem. Są mocne ekipy, po których od razu widać, że liczy się wynik i każda sekunda. Są też grupy uprawiające coś, co można nazwać „kolarstwem romantycznym” - jadą razem, rozmawiają, rozglądają się po okolicy i korzystają z samej trasy. Pomiędzy nimi pojawiają się pojedynczy zawodnicy, którzy zwyczajnie jadą swoje, bez oglądania się na tempo innych.

Z perspektywy aparatu właśnie ta różnorodność jest ciekawa. Nigdy do końca nie wiadomo, kto pojawi się za następnym zakrętem i z jaką energią wjedzie w kadr. Czasem jest pełne skupienie i walka o każdą sekundę, czasem rozmowa w grupie, czasem uśmiech albo gest w stronę fotografa. To wszystko dzieje się na tej samej trasie, ale każdy przeżywa ją trochę inaczej.

Dopiero później, podczas przeglądania materiału, widać rzeczy, których w momencie naciskania spustu migawki często się nie zauważa. Kurz na twarzy, grymas na podjeździe, spojrzenie w bok, drobny gest pomiędzy jadącymi razem zawodnikami. Wyniki pokażą, kto był najszybszy. Zdjęcia zostawią coś jeszcze.

Mega Szuter miał czym zmęczyć

Najdłuższy dystans prowadził przez bardzo różny teren i nie był tylko przedłużeniem krótszej trasy o kolejne kilometry. Po drodze były szybkie szutry, odcinki leśne, otwarte pola, kamieniste fragmenty, krótkie podjazdy i zjazdy. Był też bród, o którym wiedziałem jeszcze przed wyścigiem. Kiedy do niego dotarłem, wyglądał już na pierwszy rzut oka dość konkretnie, a przejazd samochodem tylko to potwierdził. Musiałem trochę mocniej dodać gazu, żeby nie zatrzymać się w najgorszym miejscu. Nie była to więc symboliczna kałuża przecinająca drogę, tylko fragment, który zdecydowanie zwracał uwagę.

Dalej trasa wychodziła w stronę Suwalszczyzny i Suwalskiego Parku Krajobrazowego, więc zawodnicy dostawali po drodze szeroki przekrój tego, co te okolice mają do zaoferowania. Z perspektywy samochodu kilka razy przekonałem się też, że ślad na mapie potrafi być mocno mylący. Droga, która na ekranie wyglądała jak zwykły lokalny przejazd, na miejscu okazywała się wąska, nierówna albo dużo bardziej wymagająca, niż zakładałem. Innym razem szuter pozwalał jechać bardzo szybko, po czym kilkaset metrów dalej trzeba było mocno zwolnić.

Do tego dochodziły pagórki. Około 1600 metrów przewyższenia rozłożone na prawie 200 kilometrach nie robi może takiego wrażenia jak profil górskiego maratonu, ale właśnie tutaj potrafi zaskoczyć. Większość podjazdów z osobna nie wyglądała szczególnie groźnie, za to było ich dużo i pojawiały się jeden po drugim. Po kilku godzinach jazdy zawodnicy z pewnością odczuwali je znacznie mocniej niż na początku trasy.

Kto był najszybszy?

Na najkrótszym Szuterku najszybsi byli Bartosz Jechanowski i Joanna Rogowicka. Jechanowski pokonał 85 kilometrów w czasie 2:44:05, natomiast Rogowicka potrzebowała 3:10:44.

Na Szutrze zwyciężyli Krzysztof Kindrasz i Bogusia Rycharska. Kindrasz przejechał 133 kilometry w 4:02:38, a Rycharska w 4:57:14. W rywalizacji mężczyzn o zwycięstwie zdecydowały zaledwie dwie sekundy, bo Paulius Ladyga pojawił się na mecie praktycznie razem z Kindraszem.

Jeszcze ciekawiej było na najdłuższym Mega Szutrze. Adam Mandziak wygrał z czasem 6:50:51, wyprzedzając Adama Gardulskiego o zaledwie dziewięć sekund. Wśród kobiet triumfowała Magdalena Sokół z czasem 8:36:28 i tutaj różnica była identyczna. Katarzyna Skura straciła do zwyciężczyni tylko dziewięć sekund. Po 197 kilometrach jazdy takie różnice pokazują, że przynajmniej część uczestników zdecydowanie nie przyjechała do Gołdapi wyłącznie podziwiać widoków.

Warto było wrócić

Przed wyjazdem do Gołdapi napisałem tekst pod tytułem „Są miejsca, do których chce się wracać”. Wtedy myślałem przede wszystkim o Stańczykach i zdjęciach sprzed ponad dwudziestu lat. Po tym weekendzie wiem już, że ten powrót nie sprowadzał się tylko do ponownego zobaczenia starego miejsca. Po prostu dobrze było tam być. Z aparatem, w drodze, wśród ludzi, których przyjechałem fotografować, i w okolicy, która okazała się znacznie ciekawsza, niż się spodziewałem.

Do Gołdapi wrócę. Jeśli nie wcześniej, to najpóźniej za rok. Tym razem wyjeżdżałem stamtąd z poczuciem, że nie zamknąłem żadnej historii. Raczej dopisałem do niej kolejny fragment.

Na koniec jeszcze jedno, już zupełnie prywatne podziękowanie. Kasia, dzięki za kawę. Jestem fanem tego napoju i naprawdę trudno mnie zaskoczyć, ale ta kawa była wyjątkowa. Proszę o więcej :)

Z Gołdapi nie wracałem jednak do domu. Ruszyłem dalej, na Podlasie. Czekał tam na mnie jeden z bardzo ważnych powodów, dla których zakochałem się w tej części Polski.

Ale to już zupełnie inna historia.


o autorze

Paweł Waloszczyk

Twórca portalu, absolwent Politechniki Śląskiej który zamiast pisać o tym co zrobić by sprzęt rowerowy był lepszy, co robił przez ostatnie lata, postanowił sam się za to zabrać. Pasjonat nowych technologii i materiałów. 

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl