Kolarz, którego pokochali kibice, wybrał życie rolnika

Sportowcy rzadko naprawdę odchodzą. Nawet kiedy kończą kariery, zwykle zostają gdzieś w pobliżu świata, który przez lata wyznaczał rytm ich życia. Jedni trafiają do samochodów technicznych jako dyrektorzy sportowi, inni do telewizyjnych studiów, jeszcze inni budują marki, zakładają akademie albo angażują się w kolejne projekty związane ze sportem. Trudno się temu dziwić. Przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wszystko kręciło się wokół jednej rzeczy, więc naturalnym odruchem jest pozostanie blisko niej. Nawet jeśli kończy się ściganie, bardzo często nie kończy się życie w świecie sportu.


Airbnb/Anna Huix

Thibaut Pinot wybrał jednak inną drogę. 

Nie oznacza to oczywiście historii człowieka, który pewnego dnia porzucił rower, zamknął za sobą drzwi i całkowicie zniknął z kolarskiej mapy Francji. Rzecz jest znacznie ciekawsza. Wielu byłych zawodników po zakończeniu kariery szuka dla siebie nowej roli. Zostają ekspertami, komentatorami, menedżerami albo ambasadorami marek. Pinot sprawia natomiast wrażenie człowieka, który od początku wiedział, dokąd wróci, gdy wszystko się skończy. Kiedy kibice oglądali go walczącego na alpejskich podjazdach i w klasyfikacjach generalnych wielkich tourów, on równolegle budował życie poza zawodowym sportem. W rodzinnym Mélisey powstawało gospodarstwo. Zamiast kolejnych inwestycji biznesowych pojawiały się zwierzęta, ziemia i plany związane z pracą, która z zawodowym kolarstwem miała niewiele wspólnego.

„Pomysł prowadzenia gospodarstwa i pracy na ziemi zawsze był częścią mnie”. 

To jedno zdanie mówi o Pinot więcej niż wiele sportowych biografii. W czasach, gdy zawodowe kolarstwo coraz bardziej przypomina perfekcyjnie zaprogramowany mechanizm oparty na danych, analizach i nieustannej optymalizacji, Francuz zawsze wydawał się kimś odrobinę innym. Korzystał z tych samych narzędzi co rywale, trenował równie ciężko i podporządkowywał życie wyścigom, ale nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka zakochanego w samej maszynerii współczesnego sportu. Znacznie bardziej interesował go cel niż cały proces jego osiągania. Być może właśnie dlatego przejście do życia po karierze przyszło mu łatwiej niż wielu innym sportowcom. W opowieściach byłych zawodowców często powraca motyw pustki. Nagle znikają wyścigi, podróże, adrenalina, codzienny kontakt z drużyną i jasno określony cel. Pinot zdaje się należeć do nielicznego grona ludzi, którzy byli przygotowani na ten moment długo przed jego nadejściem.

„Nie brakuje mi zbyt wielu rzeczy z czasów zawodowego kolarstwa”. 

Nie oznacza to całkowitego odcięcia się od przeszłości. W rozmowach wspomina o kolegach z drużyny, atmosferze autobusów ekipowych i życiu spędzanym wspólnie podczas wyścigów. Nie tęskni jednak za stresem, ciągłą oceną wyników i podporządkowaniem każdego dnia treningowemu planowi. Nadal jeździ na rowerze, ale robi to już na własnych zasadach, bez konieczności udowadniania czegokolwiek komukolwiek. 

To wszystko jest zresztą wyjątkowo spójne z tym, jaką postacią był przez całą karierę. Popularność Pinot nigdy nie opierała się wyłącznie na wynikach, choć tych trudno było mu odmówić. Podium Tour de France, etapowe zwycięstwa we wszystkich trzech wielkich tourach i lata spędzone w światowej czołówce wystarczyłyby, aby zapewnić mu miejsce w historii francuskiego kolarstwa. Problem polega na tym, że Francja miała już kolarzy bardziej utytułowanych. Miała mistrzów świata, zwycięzców monumentów i zawodników odnoszących większe sukcesy w klasyfikacjach generalnych. A jednak niewielu z nich zbudowało z kibicami taką więź jak Pinot. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sympatia wobec niego rodziła się nie tyle z podziwu dla wyników, ile z poczucia autentyczności. W epoce sportowców funkcjonujących często niczym osobne marki nie próbował ukrywać emocji. Kiedy przegrywał, było to widać. Kiedy cierpiał, również. Nie budował wizerunku człowieka odpornego na wszystko i właśnie dlatego wielu kibiców widziało w nim najpierw człowieka, a dopiero później zawodnika. 

(THIBAULT CAMUS/AP)

Najlepiej pokazał to jego pożegnalny Tour de France w 2023 roku. Słynny Virage Pinot nie był przecież zwykłym sportowym hołdem. Tysiące ludzi zgromadzonych na jednym zakręcie w Wogezach nie świętowało wyłącznie wielkiego kolarza. Świętowało człowieka, którego przez lata zdążyło polubić. Właśnie dlatego ten obraz zapadł w pamięć nawet osobom, które na co dzień nie śledzą zawodowego kolarstwa. Było w nim coś znacznie większego niż sam wynik sportowy. Rzadko zdarza się, by zawodnik otrzymał tak spontaniczny i tak osobisty dowód sympatii jeszcze przed zakończeniem kariery.

Może właśnie dlatego zainteresowanie Pinot nie wygasło wraz z jego odejściem z peletonu. Gdy ogłoszono, że podczas Tour de France 2026 otworzy swoje gospodarstwo dla kibiców w ramach akcji Airbnb, wiadomość błyskawicznie obiegła kolarski świat. Zwycięzcy konkursu będą mogli zamieszkać na jego farmie, zobaczyć zwierzęta, pojeździć z nim na rowerze i obejrzeć wyścig przejeżdżający przez rodzinne strony byłego kolarza. Paradoksalnie najciekawsze w tej historii nie jest jednak samo wydarzenie, lecz fakt, że wydaje się ono całkowicie naturalnym rozwinięciem wszystkiego, co kibice wiedzieli o Pinot od lat.

„Jestem dumny, że mogę otworzyć drzwi do mojego nowego życia”. 

To charakterystyczne, że nie opowiada o nowym projekcie, marce czy biznesie. Mówi po prostu o życiu. Chwilę później dodaje: 

„Jestem bardzo związany z regionem, w którym dorastałem”. 

I być może właśnie w tych słowach kryje się odpowiedź na pytanie o fenomen jego popularności. Kibice zwykle potrafią rozpoznać ludzi, którzy nie próbują być kimś innym, niż są w rzeczywistości. Pinot przez lata sprawiał wrażenie człowieka, który nawet podczas największych wyścigów świata zachował silną więź z miejscem, z którego pochodził. Nie dlatego, że brakowało mu ambicji, lecz dlatego, że nigdy nie uczynił z kolarstwa całej swojej tożsamości. W świecie sportu pełnym ludzi desperacko próbujących pozostać w centrum uwagi po zakończeniu kariery jego wybór wydaje się niemal zaskakująco prosty. Nie stworzył medialnego imperium, nie szukał nowej funkcji w zawodowym peletonie i nie próbował za wszelką cenę przedłużać swojej obecności w świetle reflektorów. Wrócił do miejsca, które znał od dzieciństwa, do krajobrazu, który od zawsze uważał za własny, i do pracy wymagającej cierpliwości, regularności oraz codziennej obecności. Dlatego historia Pinot nie jest tak naprawdę opowieścią o byłym kolarzu, który hoduje krowy. To raczej historia człowieka, który przez kilkanaście lat zrobił bardzo długi objazd przez największe wyścigi świata, a później wrócił dokładnie tam, gdzie od początku chciał być. Patrząc z tej perspektywy, jego życie po karierze nie wygląda jak ucieczka od dawnego świata. Wygląda raczej jak powrót do tego, który przez cały czas uważał za własny.

Airbnb/Anna Huix


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl