Polska szkoła kolarstwa kobiecego. Fenomen poza strukturami.
Jeśli spojrzeć na współczesny peleton kobiecego kolarstwa, nazwiska z Polski przestały być w nim rzadkością. Polki regularnie pojawiają się w wynikach największych wyścigów, startują w drużynach WorldTour i coraz częściej walczą o czołowe miejsca w klasykach oraz wyścigach etapowych. Wystarczy spojrzeć na kariery takich zawodniczek jak Katarzyna Niewiadoma-Phinney, Marta Lach czy Agnieszka Skalniak-Sójka.

Foto: FB/Katarzyna Niewiadoma-Phinney
Niewiadoma od lat należy do ścisłej światowej czołówki- wygrywała między innymi Amstel Gold Race, medale Mistrzostw Świata, a w klasyfikacji generalnej Tour de France Femmes wielokrotnie meldowała się w czołówce wygrywając dwa lata temu ten najbardziej prestiżowy wyścig. Marta Lach potrafi wygrywać etapy i klasyki kalendarza UCI, a Agnieszka Skalniak-Sójka regularnie odgrywa ważną rolę pomocnika, często meldując się w ścisłej czołówce wyścigów jazdy na czas rangi WorldTour. Do tej grupy coraz wyraźniej dołączają też reprezentantki młodszego pokolenia, z Dominiką Włodarczyk na czele.
Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że to naturalna kolej rzeczy. Kraj z długą tradycją kolarską w końcu doczekał się silnej generacji zawodniczek. Gdy jednak spojrzeć na tę historię z bliska, obraz wygląda inaczej. Rozwój kobiecego kolarstwa w Polsce nie był efektem jednego centralnego systemu szkolenia ani rozbudowanego programu federacyjnego. W znacznie większym stopniu był rezultatem pracy kilku środowisk, kilku drużyn i kilku ludzi, którzy przez lata tworzyli zawodniczkom przestrzeń do rozwoju.
Dzięki ich pracy w Polsce powstało coś, co dziś można nazwać nieformalną szkołą kolarstwa kobiet.

Foto: tkkpacifictorun
Jednym z pierwszych ważnych punktów na tej mapie był toruński projekt Pacific Nestlé Fitness Cycling Team prowadzony przez Leszka Szyszkowskiego. W czasie gdy kobiece kolarstwo w Polsce dopiero zaczynało budować swoją obecność w europejskim kalendarzu, drużyna z Torunia była jednym z niewielu zespołów umożliwiających zawodniczkom regularne starty w międzynarodowym peletonie.
To właśnie tam wiele młodych kolarek po raz pierwszy konfrontowało się z poziomem ścigania znacznie wyższym niż ten znany z krajowych wyścigów. Starty w europejskich etapówkach i klasykach kalendarza UCI oznaczały wejście w zupełnie inne realia. Tempo wyścigu było wyższe, peleton bardziej wymagający, a taktyka znacznie bardziej złożona.
W praktyce oznaczało to naukę wszystkiego od nowa: kontroli tempa, jazdy w zwartej grupie, pracy na liderkę czy reagowania na dynamiczne sytuacje wyścigowe. Dla wielu zawodniczek był to moment pierwszej poważnej konfrontacji z europejskim poziomem rywalizacji. Dla części z nich właśnie tam zaczynała się droga do zawodowego kolarstwa.

Foto: FB Mat Atom Deweloper Wrocław
W kolejnych latach podobną rolę w rozwoju młodych kolarek zaczął odgrywać zespół MAT Atom Deweloper Wrocław tworzony przez Paulinę Brzeźną-Bentkowską i Pawła Bentkowskiego. Projekt z Dolnego Śląska szybko stał się jednym z najważniejszych miejsc rozwoju kobiecego kolarstwa w Polsce.
Od początku drużyna była budowana wokół prostego założenia: młoda zawodniczka powinna możliwie szybko zacząć ścigać się w międzynarodowym peletonie. Dlatego wrocławski zespół konsekwentnie stawiał na starty w zagranicznych wyścigach. Europejskie etapówki, klasyki i imprezy kalendarza UCI stawały się dla zawodniczek elementem normalnego rytmu sezonu.
W takich warunkach kolarki zaczynały funkcjonować w strukturze bardzo zbliżonej do profesjonalnego zespołu. Pojawiała się praca na liderkę, planowanie taktyki, analiza przebiegu wyścigów oraz rytm sezonu przypominający realia zawodowego peletonu. Właśnie na tym etapie wiele zawodniczek wykonywało najważniejszy krok w swojej karierze.
Nie jest przypadkiem, że z tego środowiska wyszło kilka zawodniczek, które później trafiały do mocnych ekip zagranicznych i odnosiły sukcesy w największych wyścigach kalendarza UCI. Dla wielu z nich starty w barwach wrocławskiego zespołu były pierwszym realnym kontaktem z tempem i taktyką światowego peletonu.
Rozwój polskiego kolarstwa kobiet nie odbywał się jednak wyłącznie na szosie. Drugim ważnym środowiskiem był tor kolarski, który dla części zawodniczek stanowił naturalne zaplecze szkoleniowe.

Foto: Daria Pikulik/FB
Dobrym przykładem są Daria i Wiktoria Pikulik. Siostry ze Szczecina przez lata należały do czołowych postaci polskiego kolarstwa torowego. Startowały w konkurencjach wytrzymałościowych i reprezentowały Polskę w najważniejszych imprezach międzynarodowych, zdobywając medale mistrzostw Europy i regularnie rywalizując w światowej czołówce toru.
Równocześnie ich rozwój szosowy odbywał się w strukturach MAT Atom Deweloper Wrocław. Starty w europejskich wyścigach pozwalały zdobywać doświadczenie w peletonie szosowym i uczyć się funkcjonowania w realiach międzynarodowej rywalizacji.
Połączenie toru i szosy okazało się w ich przypadku bardzo skutecznym modelem rozwoju. Tor budował dynamikę, technikę jazdy w grupie i zdolność szybkiego reagowania na sytuację wyścigową. Szosa rozwijała wytrzymałość, taktyczne myślenie i odporność na długie wyścigi. Dzięki temu zawodniczki mogły szybciej odnaleźć się w międzynarodowym peletonie.

Foto: Gov.pl
Najciekawsze w tej historii jest jednak coś innego. Kobiece kolarstwo w Polsce rozwijało się mimo braku stabilnego systemu szkolenia. W wielu krajach Europy Zachodniej rozwój tej dyscypliny opiera się na programach federacyjnych i rozbudowanych strukturach klubowych. W Polsce przez lata kluczową rolę odgrywały raczej inicjatywy oddolne.
To kluby i prywatne drużyny organizowały starty zagraniczne, budowały kalendarz wyścigów i tworzyły zawodniczkom środowisko pozwalające rozwijać się sportowo. Projekty takie jak ten prowadzony przez Leszka Szyszkowskiego w Toruniu czy zespół MAT Atom Deweloper Wrocław tworzony przez Paulinę Brzeźną-Bentkowską i Pawła Bentkowskiego wykonywały pracę, która w wielu krajach należy do federacji.
Ten model miał swoje ograniczenia. W wielu przypadkach brakowało stabilności finansowej i długofalowego planowania. Jednocześnie jednak dawał coś bardzo ważnego: swobodę działania oraz możliwość budowania projektów wokół ludzi, którzy byli w stanie przez lata rozwijać zawodniczki.
Największym wyzwaniem pozostaje jednak baza szkoleniowa. Liczba juniorek i juniorek młodszych w wielu rocznikach jest ograniczona, a system szkolenia wciąż nie ma stabilnej struktury.
Polski Związek Kolarski podejmuje próby budowania programów rozwoju młodych zawodniczek. Organizowane są zgrupowania oraz starty zagraniczne. Problem polega na tym, że wiele takich inicjatyw funkcjonuje zbyt krótko, by przyniosły trwałe efekty.
W kolarstwie rozwój zawodniczki trwa latami. Między pierwszym startem w kategorii juniorki a pojawieniem się w peletonie zawodowym często mija siedem lub osiem sezonów. Jeśli program szkoleniowy kończy się po dwóch czy trzech latach, trudno mówić o prawdziwym systemie.
Mimo tych ograniczeń w peletonie pojawia się kolejne pokolenie zawodniczek. Jedną z najbardziej wyrazistych postaci tej generacji jest Dominika Włodarczyk, której rozwój pokazuje, że droga z krajowego ścigania do dużych wyścigów nadal istnieje.
Jej kariera jest jednocześnie potwierdzeniem, że kluczowe pozostaje środowisko umożliwiające zdobywanie doświadczenia w międzynarodowych wyścigach. Właśnie takie środowiska przez lata tworzyli ludzie stojący za projektami w Toruniu i we Wrocławiu.
Historia ostatnich dwóch dekad pokazuje więc dość nietypowy model rozwoju. Polska szkoła kolarstwa kobiet nie powstała w ministerialnych gabinetach ani w wyniku jednego centralnego programu szkolenia. Powstawała stopniowo w klubach, w kilku drużynach i wokół ludzi, którzy przez lata dawali zawodniczkom coś najważniejszego- możliwość ścigania się z najlepszymi.
Dzięki temu polskie nazwiska pojawiają się dziś w światowym peletonie znacznie częściej niż jeszcze kilkanaście lat temu. A kolejne pokolenia zawodniczek wchodzą do niego już z doświadczeniem, które jeszcze niedawno w polskim kobiecym kolarstwie było rzadkością.

komentarze