Pstrąg u Eda, 500 i halny. VIII Klasyk Beskidzki

Meldujemy się pod „Pstrągiem u Eda” ponad dwie godziny przed startem ostrym. Uff, nie lubię przygotowań do startu w biegu i stresie. Spodziewamy się zastać całkowicie zapchany parking, ale najwidoczniej spora grupa zawodników leniwie toczy się jeszcze swoimi autami obładowanymi rowerami po szosach dojazdowych do biura wyścigu. Szybko przygotowana owsianka z ryżem i bakaliami ląduje w mojej ręce wraz z łyżką i pozdrawiając znajomych stoję już w kolejce po odbiór swojego pakietu startowego z chipem montowanym na sztycy. Numerów na tym wyścigu nie ma. W sumie nikomu to nie przeszkadza, wręcz chyba przeciwnie, każdy dumnie prezentuje swoje ciuchy, loga sponsorów, czy sprzęty z kołami. Wojtek z Grupetto Gorlice nie wpuszcza byle kogo do biura. Grzecznie ale stanowczo barykaduje wejście i sprawdza każdego podejrzanego o start w tym wyścigu na swojej prywatnej liście. Potem kieruje do właściwego ogonka co nawet zupełnie nie rozgarniętym i zaspanym kolarzom nie pozwala na zrobienie tam bałaganu. Odbiór trwa kilka minut i każdy wraca na zewnątrz by wygrzewać się jak kocur na blaszanym dachu. Tak, w tym dniu potówka raczej będzie zbyteczna, a jazda z jednym bidonem to niefortunny pomysł.

Foto: W. Bubniak

Pozdrawiamy kolejnych znajomych i wracamy do autobusu serwisowego naszej grupy. Mechanik wyciąga rower, tylko jeden, bo tylko jeden zawodnik naszej grupy startuje, drugiemu zabroniono udziału w wyścigu. Przepisy nie zezwalają na start dwóch zawodników na jednej ramie. Sprawne przyklejanie chipa do sztycy, wybór skarpetek do butów, pompowanie do 9 bar szytek na kołach, zapięcie Garmina, przeczyszczenie okularów, mała kawa, pakowanie żeli w kieszonki...oj sporo tego. Ale każdy to lubi. Rozgrzewka na 30 minut przed startem okazuje się nieco spóźniona i nie rozkręcam nogi tak jak sobie to założyłem. Drobiazg. Niby tak, ale ma potem ogromne konsekwencje i wpływ na moją jazdę podczas wyścigu. Zresztą dni poprzedzające sam start też nie były ustawione prawidłowo podczas treningów, co również odbiło się na dyspozycji dnia. Kilka minut przed startem wjeżdżam w pierwszy sektor wycinaków z poprzedniej edycji wyścigu i stukam niecierpliwie blokami o asfalt.

Jak to często bywa, start się przesuwa i jakieś 10 minut. Policja zapewne dopija kawę po drodze. Nikt jednak nie krzyczy z rozpaczy, wszyscy zadowoleni gaworzą i żartują w tłumie. W końcu przychodzi szef od startu ostrego Tomasz Marczyński. Tak, ten sam „Maniek”, który na Vuelta Espana rzeźbił przeciwników przed metą niemiłosiernie. Przypomina nam, że najważniejsze jest zdrowie, bezpieczeństwo i dobra zabawa.Foto: W. Bubniak

Odpala pistolet startowy i przód kolumny wyrywa do przodu jak stado koni, by po 20 metrach zwolnić do zera. Tempo regulowane przez organizatora ze względów bezpieczeństwa ogromnego, bo liczącego 500 zawodników peletonu pozwala na jazdę z prędkością 25 km/h tylko za samochodem pilota. Maniek po drodze puszcza live na Facebooka, pstryka kolegom foty wychylając się z boku auta. Jest wesoło. Po kilku kilometrach pilot skręca w boczną drogę, kilkaset metrów spokoju i start ostry rodem z Tour de France odmachany chorągiewką z szyberdachu. Poszło ! Gaz, gaz, gaz... staję w korby i wyciskam watty w oczekiwaniu na zwolnienie tempa czuba peletonu. Nogi puchną, kable na rękach i nogach wychodzą jak glisty po dużym deszczu, zresztą oczy z wysiłku również. Nie zwolnili... Kilka metrów przede mną ktoś "liże" koło, kładzie się na asfalt, kolejny zawodnik nie zdążył złapać za klamki i usiłuje zamknąć pełny front flip z rowerem, ale ląduje plecami na drodze. Wszyscy zwalniamy i robi się mała przerwa, której do szczytu już nie odrabiamy. 

I chyba wszyscy wiedzą że będzie w tym dniu wiało. Mocno wiało. Jednak nikt nie przypuszcza, że chwilami będzie musiał trzymać kurczowo kierownicę, by utrzymać w ogóle rower na szosie. Szczyt pierwszego podjazdu odsłania wszystkim scenę i warunki z jakimi przyjdzie im się zmierzyć. Grupa rwie się na kilka mniejszych i z tyłu trwa walka o dogonienie czołówki, z której co chwilę ktoś atakuje. Odjazdy inicjują zawodnicy In Mogilany Cycling Team, 72D Oshee Windsport Team i Veloart. Trasa niemal w całości składa się z odcinków podjazdowych lub zjazdowych, co prowokuje mocnych zawodników do akcji zaczepnych i prób odjazdu. Wszystko jednak stopuje wiatr, który niemiłosiernie hamuje uciekinierów, by po kilkunastu minutach rozpędzić peleton do ponad 60 km/h. Wytrwałość najbardziej zawziętych zostaje jednak nagrodzona i kameralny, ale bardzo mocny skład ucieczki odrywa się i niknie z oczu grupy pościgowej. Szarpana mocnymi zrywami i chwilami przestojów grupa pościgowa w ostatniej fazie wyścigu  dogania jednak uciekinierów. Wszystkich,  poza jednym, który od początkowej fazy wyścigu uparcie kręcił na czele wyścigu. Patryk Wójcik z In Mogilany Cycling Team bardzo zasłużenie wygrywa i wykończa pracę zarówno swoją jak i kolegów z teamu, którzy mają w tym zwycięstwie spory udział. Drugi na mecie podobnie jak rok temu melduje się jeden z faworytów, Piotr Tomana z Gatta Bike RS, a podium uzupełnia również bardzo aktywny Sebastian Druszkiewicz z In Mogilany Cycling Team.

Z tyłu na nieco odległej pozycji moja wyścigowa noga łaskawie obudziła się do jazdy w połowie trasy i pogoń jaką sobie zaserwowałem przeskakując z grupki do grupki, kończąc samotnie ostatnie wzniesienie, pozwoliła mi z czystym sumieniem podjechać do czekającej na mecie żony, która mocno dopingowała mnie na trasie wyścigu. Każdy kto wystartował w tym wyścigu przynajmniej raz, pozostawia sobie w pamięci obraz tłumu kolarzy za linią mety. Jedni stoją w grupkach dyskutując o rywalizacji, inni leżą w trawie oglądając czubki drzew, jeszcze inni wracają na linię mety by dopingować swoich znajomych.

Cały zgiełk przenosi się później do miasteczka wyścigowego, gdzie wszyscy opalając się popijając czy jedząc czekają na ogłoszenie wyników i dekorację najmocniejszych zawodników tego dnia. Po wyścigu poprosiłem o kilka słów zawodników i zawodniczkę, którzy mieli spory udział w tym, jak wyglądała rywalizacja na trasie.

         Patryk Wójcik- In Mogilany Cycling Team

Plan na wyścig mieliśmy zupełnie inny. Sebastian Druszkiewicz miał się popisywać na kresce, ja z Kubą i Mikołajem mieliśmy tylko trzymać tempo wyścigu i reagować na ataki. Wyszło trochę inaczej bo udało mi się odjechać po pierwszym podjeździe. Chwilę jechał ze mną Maciej Habrat z 72D Oshee Windsport Team, ale chyba miał inny plan na wyścig i odpuścił. Obejrzałem się za siebie, zobaczyłem że tempo w grupie siadło, postanowiłem jechać swoje bez większego szarpania. Rozmawialiśmy przed wyścigiem o takiej sytuacji. W przypadku odjazdu jednego z nas na solo reszta miała grzecznie czekać na rozwój sytuacji. Gdy zacząłem odjeżdżać pomyślałem, że będę przekaźnikiem pod Sebastiana. Dopiero na przed ostatnim podjeździe leciałem z myślą, że może jednak dojadę pierwszy. Podjazdy starałem się jechać ekstensywnie, trzymać równe, mocne tempo. Większą moc wkładałem w zjazdy i pracę na płaskich odcinkach. Udało się wygrać, ale bez pomocy kolegów z drużyny nie miałbym szans. Wysoka 5 dla nich. Sam przebieg imprezy był świetny. Wszystko na 5.

          Katarzyna Wełna - 72D Oshee Windsport Team

Start w Klasyku Beskidzkim był dla mnie wielką zagadką , gdyż nie wiedziałam w jakiej formie kolarskiej aktualnie się znajduję. Postanowiłam podejść do niego na luzie i czerpać z wyścigu jak najwięcej przyjemności. Całość trasy uatrakcyjniły piękne tereny, w jakich rozgrywany był Klasyk Beskidzki, oraz pogoda. Taktykę miałam prostą mianowicie przetrwać pierwszy podjazd z grupą z przodu, a dalej to już jakoś pójdzie. Jestem bardzo zadowolona z wyścigu i dziękuję 72d Oshee Windsport Team za cała okazaną mi pomoc - bez nich nie dałabym rady !

         Krystian PirógJMP:

Dla mnie Klasyk Beskidzki to super okazja do sprawdzenia jak przepracowałem zimę. Początek sezonu, tłumy kolarzy spragnionych ścigania w górach, adrenalina aż kipi w peletonie. Czuć to od samego początku. Trasa stosunkowo krótka bo niespełna 60 kilometrowa, gwarantuje świetną okazję do przepalenia nogi. Wydaje się jakby mało kto kalkulował i rozkładał siły, idziesz wszystko co masz albo ryzykujesz odpadnięcie z pierwszej grupy lub zaplątanie się w kraksę, których nie brakuje w peletonie. Trasa miejscami wąska, gdzieniegdzie jeszcze nie załatane dziury po zimie oraz piasek nie ułatwiają rywalizacji. Liczne podjazdy robią selekcję, ale jeżeli na zjeździe nie idzie tempo wszystko się zjeżdża. Do tego wieje mocny wiatr który raczej nie daje wielkich szans uciekinierom. A mimo to co raz to ktoś skacze i próbuje zabrać się w ucieczkę. Staram się kontrolować aby być zawsze wysoko ale nie planuje zabierać się w odjazdy. Co chwila ktoś skacze z IN Mogilany, 72D lub Veloartu. Ciężko się zdecydować kogo warto obstawiać, a kogo odpuszczać. Wszyscy patrzą na Piotrka Tomanę, który jest jednym z faworytów, ale oczywiste jest, że on sam nie będzie kasował wszystkich odjazdów sam. Bardzo mocno jedzie Sebastian Druszkiewicz, mam nawet wrażenie, że się z nami bawi, naciąga, odpuszcza, odskakuje i czeka. Ale nie jest skory dawać długich mocnych zmian, bo w ucieczkę dnia zabrał się jego kolega z drużyny Patryk Wójcik. Na 15 km do mety grupa jest już mocno podzielona. Zostało nas może 10 do 15 kolarzy na czubie. Każdy podjazd robi dodatkową selekcję. Tempo na podjazdach jest mocne i rwane, ale mimo to nie udaje się doścignąć uciekającego Patryka, który finiszuje przed Piotrem Tomaną i Sebastianem Druszkiewiczem. Dla mnie super przetarcie na początek sezonu. Forma jeszcze nie jest optymalna ale wiem nad czym muszę popracować aby w kolejnych startach było lepiej. Widać, że poziom jest bardzo wysoki i nie tak łatwo będzie utrzymać koła czołówce. Tym razem kończę wyścig w TOP 10.

O dużym pechu może mówić ojciec Kasi Niewiadomej, który niebezpiecznie upadł przy dużej prędkości na trasie. Ma chłop charakter, bo w takim stanie dojechał do mety i zdołał zaliczyć podium w swojej kategorii wiekowej. Humor go nie opuszczał, mimo bólu.

Tutaj znajdziecie wyniki: Klasyk Beskidzki- Wyniki OPEN

A tutaj naszą redakcyjną galerię zdjęć z całej trasy : http://velonews.pl/galleries/395-klasyk-beskidzki-2018


o autorze

Piotr Szafraniec

Nieuleczalnie chorujący od ponad 20 lat na pasję do roweru. Próbował uciec od swojej choroby łowiąc olbrzymie dorsze na kole podbiegunowym, jednak przegrał tą walkę i zaraża teraz swoim ADHD na szosowych zjazdach. Dzieli się...

Powiązane posty


Powiązane galerie

komentarze

Powiązane treści

WiadomościWszystkie

WydarzeniaWszystkie

kontakt

velonews.pl
  • 34-300 Żywiec, Folwark 21/25
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl