"ByliśmyTam" Kaukaz 2015 - część 3

Noc minęła spokojnie, a nad ranem, po solidnym śniadaniu wsiedliśmy na rowery by przemierzać kolejne kilometry. Wieczorem tego dnia według planu powinniśmy znaleźć się w Azerbejdżanie. Po wielu przygodach osiągnęliśmy cel. Jednak zanim tak się stało postanowiliśmy po drodze zwiedzić ruiny zajmującego blisko 50 ha miasteczka Gremi, a dokładniej świątynie na wzgórzu, wieżę zamkową i dzwonnicę. Miasteczko istniało jedynie 150 lat na przełomie XVI i XVII w. lecz wtedy było stolicą rejonu Kachetia. Po rozgrabieniu i zniszczeniu w 1616 roku nigdy nie uzyskało wcześniejszej świetności, a stolicą Kachetii zostało Telawi. W dalszych planach było złapanie „okazji” pod granicę z Azerbejdżanem. W naszym przypadku nie było to takie łatwe. Osiem rowerów, osiem osób i cztery razy po osiem sakw z dodatkowym wyposażeniem robiło wrażenie i pozostawało nam jedynie załapanie się na podróż ciężarówką. Każdego dnia mijało nas mnóstwo ciężarówek, jak na złość, w stronę granicy ciężarówek nie można było uświadczyć, a jak były to całkowicie załadowane. Naszą mocną stroną były kobiety i ich wdzięki. Trzy piękne Panie swoją urodą zatrzymały busa, którego kierowca zobowiązał się podwieźć rowery oraz dwóch uczestników naszej wyprawy pod granicę gruzińsko - azerską. „Dobra nasza”- pomyśleliśmy sobie, „teraz już będzie z górki – pozostałych sześć osób bez rowerów szybko znajdzie transport”- znowu błąd w założeniu. Bardzo trudno było znaleźć transport, ale w końcu, kolejny raz wykorzystując walory estetyczne płci pięknej naszej wyprawy, udało nam się zatrzymać busa. Zostaliśmy zapewnieni, że także znajdziemy się dzięki temu na granicy z Azerbejdżanem.

Po 7 km okazało się, że to by było na tyle jazdy tym busem, kierowca stwierdził, że dalej nie jedzie. Zostaliśmy na lodzie, dalej pieszo, my rowerzyści pieszo, bez rowerów, ale za to w kaskach i z rękawiczkami rowerowymi, z pewnością wyglądaliśmy komicznie. Udaliśmy się do centrum miasteczka, gdzie udało się załatwić busa, który za odpowiednią opłatą bezpiecznie i pewnie dowiezie nas do granicy, gdzie miały czekać nasze rowery i dwóch współtowarzyszy wyprawy - Piotrek i Krzysiek. Już wyjeżdżaliśmy z miasteczka kiedy Szymon odebrał telefon od Piotrka z krótkim komunikatem „stoimy z rowerami przy drodze, w miasteczku 7 km od miejsca skąd łapaliśmy stopa”. Wszystko jasne, ich transport okazał się tak samo niepewny jak nasz poprzedni. Byliśmy w tym samym miejscu. Na szczęście busy w Gruzji pomieszczą tyle ile się do nich chce wepchnąć. Po pół godzinnym ładowaniu wszyscy, razem z sakwami i rowerami na dachu zmierzaliśmy do granicy z Azerbejdżanem. Spokojna droga trwała niestety krótko, po niecałych 10 km bus złapał gumę. Dla nas to nie nowość, pomogliśmy kierowcy niczym serwis formuły 1 i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Przed nami 50 km do granicy. Minęło szybko i już bez przygód. Kiedy już znaleźliśmy się przy granicy wszyscy przygotowali dokumenty i ruszyliśmy by ją przekroczyć. Tu kolejne przygody. Azerscy celnicy, ze względu na otwarty i oficjalny konflikt Azerbejdżanu z Armenią bardzo skrupulatnie sprawdzali nasz stosunek do Armenii. Pytali skąd jesteśmy, czy byliśmy w Armenii, czy się tam wybieramy, czy mamy flagi armeńskie, czy mamy przewodniki po Armenii i czy dysponujemy czymkolwiek co było produkowane w Armenii. 

Po tym wywiadzie i szeregu pytań mogli dopiero przystąpić do skanowania naszych sakw, które tuż przed wjazdem na granice dopiero założyliśmy na rowery. Jak mus to mus. Trudno, trzeba było je zdejmować, a później znowu zakładać. Taką mają pracę, staraliśmy się ich rozumieć. Kiedy już oni zrozumieli nas, że po prostu chcemy zobaczyć ich kraj przybili w paszporcie piękny azerski stempelek i pozwolili na odwiedziny. Z przyjemnością wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w głąb kraju. Azerbejdżanu nie kojarzyliśmy negatywnie, jednak po około 15 godzinach chyba zmieniliśmy zdanie. Hotel, w którym mieliśmy okazję spędzić noc był żywcem wyjęty z lat 60 w Polsce, Wszystko stare, zaniedbane, brudne, odrapane... a ludzie jak się okazało bardzo chcieli na nas zarobić. Udaliśmy się taksówkami do restauracji. Usługa taksówki, jak i sama kolacja wyniosły około 2 razy więcej niż zostało nam zapowiedziane, a do tego dano nam do zrozumienia, żeby nie mówić w języku angielskim, tylko rosyjskim lub ewentualnie azerskim - „eta Azerbejdżan, niet Amerika”- usłyszeliśmy.

Noc minęła szybko i bez większych problemów. Gorzej z porankiem, a dokładniej z wczesnym porankiem, przed godziną 6 nad ranem, ze szczytu stojącego naprzeciwko minaretu, do naszych zaspanych uszu dobiegło trwające kilka minut nawoływanie do modlitwy. Obudziliśmy się skutecznie na cały dzień! Po szybkim śniadaniu i krótkim przygotowaniu wsiedliśmy na rowery i udaliśmy się w stronę granicy - ruszyliśmy do Gruzji. Mimo tych kilku nieprzyjemnych incydentów w Azebejdżanie Szymon spotkał się z miłym akcentem. Od miejscowego artysty otrzymał dwie gipsowe rzeźby. Konia w podkowie i zdobionego anioła na szczęście - które jak się później okazało przetrwały dalszą podróż, zarówno na rowerach jak i samolotem. Szybko znaleźliśmy się znowu po stronie Gruzińskiej. To był już czwartek 3 września, więc zostało ledwie 4 dni do końca wyprawy. Tego dnia postawiliśmy sobie kolejny trudny cel - droga do miasteczka Singhaghi w Kachetii, jednego z najładniejszych miasteczek w całej Gruzji. Faktycznie, miasto niewielkie, jednak odnieśliśmy wrażenie, że są bardzo świadomi swojego potencjału turystycznego i skrzętnie to wykorzystują. Tu, podobnie jak w Telawi, zanim sami zdążyliśmy rozejrzeć się za miejscem na nocleg, ten sam nas znalazł. Krążący po mieście właściciel „guest house’u” szybko zagadnął proponując dobre miejsce. Jak się później okazało właśnie tam nocuje mnóstwo turystów z polski, co było widać po magnesach na lodówce, biało-czerwonych plakatach, zdjęciach i pocztówkach. Po kąpieli zasiedliśmy do iście królewskiej kolacji, mnóstwo znanych już nam przysmaków przyciągało nie tylko wyglądem ale i zapachem. Wygłodniali konsumowaliśmy przygotowane w domowej kuchni gruzińskie wiktuały. Nie mogło zabraknąć oczywiście wina, chałwy i owoców na deser. Wieczorem przy stole spotkaliśmy się z polskimi turystami. O poranku, załatwioną przez właściciela marszrutką, po małych przeróbkach by zrobić miejsce na rowery - ruszyliśmy. Docelowo do granicy z Armenią, a po drodze do Dawit Gereja - miasteczka skalnego po środku niczego, na prawo pustynia i na lewo pustynia, gdzie tylko sięgał wzrok. Skalne miasteczko to tak de facto kompleks monastyrów położonych na stokach góry Gereja. Część kompleksu to druga strona stoków, czyli już Azerjebdżan, co bywa powodem sporów gruzińsko-azerskich. Pierwszy z grupy monastyrów w skałach został założony już w VI w. przez jednego z Syryjskiego mnicha. Jaskinie zrobiły na nas duże wrażenie, mimo półpustynnej scenerii wokół. Udaliśmy się także na szczyt stoku, by znaleźć się na naturalnej granicy Gruzińsko - Azerskiej, gdzie wykonaliśmy zdjęcia i spotkaliśmy maszerujących wzdłuż granicy azerskich żołnierzy. Jeszcze tego samego dnia wieczorem byliśmy na granicy Gruzji i Armenii. Szybko byliśmy po stronie Armeńskiej. Po 30 km wjazdu w kraj znaleźliśmy przydrożny zajazd, gdzie spędziliśmy noc.

Na drugi dzień, w sobotę bez sakw, które zostawiliśmy w hotelu, ruszyliśmy by ujrzeć Haghpat i Sanahin - dwie najstarsze chrześcijańskie świątynie świata, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Mimo braku sakw, co było dużym ułatwieniem podjazdy pod górki, gdzie znajdowała się jedna, a później druga świątynia były bardzo wymagające. Słońce mocno dawało się we znaki, serpentyny i wzniesienia zdawały się być bez końca, ale jednak, dotarliśmy na miejsce. W scenerii ormiańskiej, wszechobecnej biedy i zaniedbania, pośród małych, ubogich domków, w wiosce znajduje się niesamowity obiekt. Ważny nie tylko dla chrześcijan, ale i dla całego kulturowego bogactwa świata. Świątynia Haghpat powstała w X wieku za panowania króla Aszota III. Na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO wpisana została w 1996 roku. Cały kompleks budził respekt i wielki podziw, przede wszystkim dla ludzi, którzy go projektowali jak i tych, którzy byli wykonawcami tych wspaniałych budynków. Wszystkie mury były niesamowicie proste i widać, że wykonywane z wielką starannością. Jak na narzędzia i zasoby, którymi dysponowali ówcześni budowniczowie to jest coś niebywałego. Wielkie pozytywne zaskoczenie, podczas wyprawy widzieliśmy dziesiątki świątyń, kościołów i monastyrów, jednak ten w pełni zasłużył na listę UNESCO. Po kilkunastu kolejnych kilometrach i walce z kolejnymi serpentynami pod górę stanęliśmy przed świątynią Sanahin. Mimo, że była częściowo w remoncie to robiła wcale nie mniejsze wrażenie niż jej poprzedniczka Haghpat. Obie są w najwyższym stopniu godne światowej listy UNESCO. Tak uduchowieni obecnością w najstarszych świątyniach świata wróciliśmy do ormiańskiego hotelu po sakwy  i ruszyliśmy w kierunku granicy z Gruzją. Ruszyliśmy do stolicy Gruzji - Tbilisi. Na miejscu w Villa Hostel Opera - u naszego sponsora spędziliśmy ostatnią pełną noc w Gruzji.

O poranku, po śniadaniu ruszyliśmy do miasta. To nas zaskoczyło, zdziwiło i zauroczyło. Rowery zamieniliśmy na wycieczki piesze i metrem. Tbilisi posiada dwie linie. Wagony ani stacje nie są w rewelacyjnym stanie ale, pamiętać należy, że tbiliskie metro uruchomione zostało w roku 1966. Zobaczyliśmy Aleję Szota Rustwelego z licznymi straganami i stoiskami, głównie z książkami, Gruziński Parlament, Plac Wolności, na którego środku znajduje się kolumna i św. Jerzy na samym jej szczycie, Sobór Trójcy Świętej czyli Sobór Katedralny Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego- największa budowa sakralna w Gruzji, (jeden z największych prawosławnych kościołów na całym świecie) położona na wzgórzu św. Eliasza w samym centrum miasta, przejechaliśmy się kolejką linową bardzo szybko znajdując się w pobliżu pomnika Karlis Deda, potocznie zwanego Matką Gruzji- 20 metrowa, aluminiowa postać kobiety z pucharem wina w lewej ręce- dla przyjaciół i z mieczem w prawej dla wrogów- widoczny również z dołu, ale po wjeździe kolejką na szczyt można dokładniej dostrzec jego rozmiary. Przechadzaliśmy się także oddanym do użytku w 2010 roku Mostem Pokoju, który łączy stare miasto z nowoczesną częścią stolicy. W centrum miasta, jako, że byliśmy tam 7 września, w dzień, w którym w Polsce odbywało się referendum krajowe, spotkaliśmy wielki lokal wyborczy umożliwiający oddanie  swojego głosu.

Po powrocie do hotelu zjedliśmy kolację i przygotowywaliśmy się do wyjazdu na lotnisko w Kutaisi. Drogę pokonaliśmy sprawnie, ale każdy z nas rozmyślał nad wyprawą i z żalem, że nasza wyprawa dobiega końca oglądaliśmy wykonane zdjęcia. Nadszedł czas oczekiwania na lot, niektórzy nawet postanowili przespać się przed samym odlotem. W końcu mogliśmy oddać nasze rowery i przejść odprawę, która nie obyła się bez przygód. Jedna z naszych uczestniczek, Karolina, nie zajrzała do bagażu podręcznego i okazało się, że znalazły się w nim tak ciekawe przedmioty jak: klucze rowerowe, szpilka do przedniego koła, butelka olejku do opalania czy co ciekawe widelec. Na szczęście mogła z nami polecieć do Polski, zarówno Karolina jak i jej szpilka do przedniego koła. Już niebawem siedzieliśmy w samolocie, czekając na odlot do Polski. Po niespełna 3 godzinach bezpiecznie wylądowaliśmy na warszawskim lotnisku, skąd rozjechaliśmy się do domów. To był chyba jeden z najtrudniejszych momentów wyprawy - pożegnanie. Większość z nas uroniła łezkę kiedy musieliśmy się pożegnać. Na szczęście grupa okazała się tak zgrana, że już mamy plany na wiosenną wyprawę na Bałkany i zimową na Kubę o których też na pewno napiszemy.

Teraz zapraszamy na naszą pełną relację na www.BylismyTam.pl

PS. dziękujemy naszemu patronowi medialnemu velonews.pl, oraz sponsorom którzy nas wsparli a bez których ta podróż była by dużo trudniejsza: Armor Shop, Boninex, Brubeck, Delfin, Good Ram, Horyzonty – sklep turystyczny, Hotel Opera, Kolba.pl – Fenix, Kursy SOS, Optronic – AEE, Saltus Ubezpieczenia, Splitt, Sport Fuel, Świat Baterii, TwoNav, Vera, Wideorejestratory24.pl, Wojrak


o autorze

Mateusz Zoń

Od 1999 roku wyczynowo uprawia kolarstwo górskie, wielokrotnie stawał na najwyższych stopniach podium prestiżowych zawodów, także poza granicami kraju. 
 Od września 2014 roku oficjalnie pełni rolę Redaktora Naczelnego velonews.pl. 

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

WiadomościWszystkie

WydarzeniaWszystkie

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl