Sezon się skończył. Znajomości nie. Finał Orient Gravel w Augustowie

Są wyścigi, z których po powrocie pamięta się przede wszystkim trasę. Z innych zostają ludzie, pogoda albo pojedyncze sytuacje, które później wracają przy oglądaniu zdjęć. Z Augustowa przywiozłem przede wszystkim obraz niesamowicie czystej wody. Brzmi trochę dziwnie jak na relację z wyścigu gravelowego, ale kiedy myślę o ostatnim tegorocznym Orient Gravel, przed oczami mam dno Czarnej Hańczy, setki małych ryb i rośliny o zieleni, jakiej chyba nigdy wcześniej pod wodą nie widziałem.

12 września w Studzienicznej zakończył się tegoroczny sezon Orient Gravel. Piąty wyścig cyklu miał start i metę nad Jeziorem Studzienicznym, a organizator przygotował trzy warianty tras: Szuterek, Szuter i Mega Szuter. Nazwy pozostały tradycyjne, czyli 70, 120 i 200 km, ale rzeczywiste dystanse wynosiły odpowiednio 85, 133 i 188 kilometrów. I już samo spojrzenie na mapę pokazywało, że nie będzie to zwykła pętla po szutrach wokół Augustowa.

Od Kanału Augustowskiego po Wigry

Wszystkie trzy trasy zaczynały się podobnie. Już po około dwóch kilometrach zawodnicy docierali do Śluzy Swoboda na Kanale Augustowskim, później wjeżdżali głębiej w Puszczę Augustowską i jechali przez miejsca, których nazwy jeszcze kilka dni wcześniej większości uczestników zapewne niewiele mówiły. Na Szuterku po drodze były między innymi okolice Sarnetek, Czarna Hańcza, Rygol i Mikaszówka. Najkrótsza wersja i tak miała 85 kilometrów, więc określenie „Szuterek” trzeba w tym przypadku traktować z pewnym przymrużeniem oka.

Dwa dłuższe dystanse robiły znacznie większą pętlę. Wchodziły w Wigierski Park Narodowy, gdzie około 44. kilometra organizator ostrzegał przed bardziej technicznym fragmentem z kamieniami i korzeniami, a jednym z charakterystycznych punktów trasy było okrążenie Jeziora Wigry. Szuter liczył ostatecznie 133 kilometry, natomiast Mega Szuter nie kończył swojej wycieczki na Wigrach. Najdłuższy wariant wychodził jeszcze dalej na południe, w stronę otuliny Biebrzańskiego Parku Narodowego, zanim przez Puszczę Augustowską wracał w kierunku Mikaszówki i Studzienicznej.

188 kilometrów przez taki teren to już nie jest szybka wycieczka po kilku równych szutrach. Na Mega Szutrze były trzy bufety, a limit czasu wynosił 14 godzin. Patrząc na przebieg trasy można było odnieść wrażenie, że organizator próbował podczas jednego wyścigu pokazać możliwie dużo tego, co w tej części Polski najbardziej charakterystyczne: Kanał Augustowski, śluzy, Puszczę Augustowską, Czarną Hańczę i Wigry. Ja oczywiście oglądałem ten wyścig trochę inaczej niż zawodnicy, bo zamiast pokonywać całą pętlę przemieszczałem się pomiędzy kolejnymi miejscami, szukając kadrów.

Śluza, kolarze i dwie motorówki

Jednym z takich miejsc był mostek przy śluzach na Kanale Augustowskim. Ustawiłem się tam na przejazd zawodników i pomiędzy kolejnymi grupami miałem trochę czasu, żeby popatrzeć na to, co dzieje się dookoła. Wtedy przepłynęły pode mną dwie łodzie motorowe, więc oczywiście im również zrobiłem kilka zdjęć. Kiedy pojawiali się następni kolarze, aparat wracał do głównego zadania, ale właśnie dzięki tym przerwom mogłem po raz pierwszy w życiu zobaczyć coś, czego wcześniej znałem właściwie tylko z filmów i zdjęć.

Po raz pierwszy patrzyłem z bliska, jak otwierana i zamykana jest śluza na Kanale Augustowskim. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że odbywa się to całkowicie ręcznie. Człowiek obsługujący śluzę własnymi rękami uruchamia cały mechanizm i po prostu wykonuje tę pracę tak, jak robiono to tutaj od lat. We współczesnym świecie pełnym siłowników, elektroniki i automatyki taki widok robi większe wrażenie, niż można byłoby się spodziewać.

To zresztą kolejna zaleta fotografowania wyścigów. Zawodnik ma ślad GPX, czas, rywali i własne tempo. Ja mam trochę inny rytm dnia: dojechać przed nimi, znaleźć miejsce, ustawić się, zrobić zdjęcia, spakować aparat i ruszyć do następnego punktu. A czasami pomiędzy jedną a drugą grupą można zobaczyć coś, czego w ogóle nie planowało się zobaczyć.

Woda, przez którą widać wszystko

Już Jezioro Studzieniczne, nad którym znajdowały się start i meta, zwracało uwagę niezwykłą przejrzystością. Stojąc na brzegu widziałem dno wiele metrów przed sobą. Nie jakieś ciemne plamy pod powierzchnią, ale normalnie piasek, kamienie i wszystko, co znajdowało się pod wodą. Patrzyłem na to dłuższą chwilę, bo zwyczajnie nie jestem przyzwyczajony do jezior, w których można obserwować dno z takiej odległości.

A potem trafiłem nad Czarną Hańczę i tam było jeszcze lepiej. Stanąłem na mostku i spojrzałem w dół. Piasek, kamienie, intensywnie zielone rośliny i niewiarygodna liczba małych ryb. Nie kilka czy kilkanaście, ale setki, i to tylko na fragmencie rzeki, który widziałem z jednego miejsca. Woda była tak czysta, że właściwie niczego nie trzeba było wypatrywać. Wszystko było widoczne jak przez szybę.

Tak czystej wody chyba jeszcze w życiu nie widziałem. Dlatego później, kiedy miałem okazję rozmawiać z zawodnikami, mówiłem im, żeby przy Czarnej Hańczy na chwilę zwolnili i spojrzeli z mostu w dół. Trochę zabawne, bo człowiek jedzie wyścig, patrzy na czas i rywali, a fotograf stojący przy trasie radzi mu, żeby zatrzymał się oglądać rybki. Kilka osób jednak posłuchało i później na mecie wspominało właśnie to miejsce, mówiąc, że zrobiło na nich ogromne wrażenie.

I chyba dobrze, że czasami podczas wyścigu można zobaczyć coś więcej niż tylne koło zawodnika przed sobą. Orient Gravel od początku prowadzi przez miejsca, do których bez trasy zapisanej w GPS-ie wielu uczestników prawdopodobnie nigdy by nie trafiło. Można je przejechać, patrząc wyłącznie na średnią prędkość. Można też od czasu do czasu podnieść głowę.

Pięć wyścigów później ludzie przestają być anonimowi

Augustów był piątym i ostatnim tegorocznym Orientem. Wcześniej były Mielnik, Okszów, Krynki i Gołdap. Pięć różnych miejsc, pięć różnych tras i kilka miesięcy regularnego spotykania tych samych ludzi. Dopiero przy ostatnim wyścigu dobrze widać, jak bardzo zmienia się perspektywa pomiędzy pierwszym a ostatnim etapem sezonu.

Na początku patrzysz przez wizjer aparatu i widzisz zawodnika z numerem. Po kilku wyścigach coraz częściej wiesz już, kto właśnie nadjeżdża, zanim zdążysz przeczytać numer startowy. Wiesz, kto się uśmiechnie, kto pomacha, kto coś krzyknie, a kto na widok aparatu natychmiast zrobi minę, jakby właśnie rozgrywał finał Mistrzostw Świata. Przestajesz fotografować anonimowych ludzi na rowerach. Coraz częściej fotografujesz znajomych.

Każdy z tych wyjazdów coś po sobie zostawił. Z Gołdapi przywiozłem kilkaset zdjęć i sporo wspomnień, Krynki miały swój własny klimat, a kolejne imprezy dokładały następne rozmowy i znajome twarze. Zresztą po kilku miesiącach zdjęcia zaczynają być tylko jedną częścią całej historii. Drugą są ludzie spotykani przed startem, na trasie i po mecie.

Nie wszystko da się wpisać do tabeli wyników

Orient Gravel jest oczywiście wyścigiem. Są czasy, miejsca, rywalizacja na trzech dystansach i klasyfikacja generalna całego sezonu. W Augustowie oprócz zwycięzców ostatniego etapu dekorowano również najlepszych zawodników i zawodniczki całego cyklu. Tyle że patrząc na te pięć wyścigów z perspektywy fotografa mam coraz większe przekonanie, że tabela wyników pokazuje tylko niewielką część tego, co naprawdę wydarzyło się przez ten sezon.

Sportowo finał też miał swoich wyraźnych bohaterów. Na Szuterku w Augustowie najlepsi byli Bartosz Jechanowski i Elwira Kołodziejczyk, a całoroczną generalkę wygrali Paweł Balcerzak i właśnie Elwira Kołodziejczyk. Na Szutrze finał należał do Jakuba Jerszyńskiego i Magdaleny Stelmaszczyk, natomiast cały sezon najlepiej podsumowali Mikołaj Szeliga i Bogusia Rycharska. Na Mega Szutrze sytuacja była wyjątkowo klarowna: Adam Mandziak i Magdalena Sokół wygrali zarówno Augustów, jak i klasyfikację generalną, oboje kończąc sezon z kompletem 3000 punktów.

Nie ma jednak w tych zestawieniach rozmów przed startem, ludzi czekających na zawodników na bufetach ani tych, którzy docierają do mety długo po najszybszych, ale z satysfakcją nie mniejszą od zwycięzców. Nie ma setek kilometrów przejechanych pomiędzy kolejnymi miejscami na zdjęcia, błota na butach, czekania przy drodze i zgadywania, czy następna grupa pojawi się za minutę, czy za dziesięć. Nie ma też widoku na Czarną Hańczę, ręcznie otwieranej śluzy ani dwóch motorówek przepływających pod mostkiem pomiędzy grupami kolarzy.

Nie ma w niej przede wszystkim tego, że z wyścigu na wyścig grupa ludzi, która początkowo przyjeżdżała w to samo miejsce głównie po to, żeby się ścigać, zaczyna się coraz lepiej znać. I właśnie to najmocniej było widać już po zakończeniu finału w Augustowie.

Kiełbasa, chleb ze smalcem i rozmowy bez zegarka

Kiedy skończyły się dekoracje augustowskiego wyścigu, później generalki, a wszystkie oficjalne punkty dnia można było uznać za zamknięte, zostało jeszcze ognisko. Były kiełbaski i był świetny chleb ze smalcem, którym osobiście zajadałem się z dużym zaangażowaniem. Wokół ognia zebrała się całkiem spora ekipa i nagle nikt już nigdzie nie musiał jechać, nikogo nie trzeba było wyprzedzać i nikt nie spoglądał na czas.

Zaczęły się zwykłe rozmowy o całym sezonie. O trasach, sytuacjach, które wydarzyły się po drodze, o tym, co się udało, co dało w kość i co będzie się jeszcze długo wspominać. Było spokojnie, bardzo przyjaźnie i bez całej tej otoczki, która kilka godzin wcześniej towarzyszyła wyścigowi. Siedzieli obok siebie ludzie, którzy kilka miesięcy temu często w ogóle się nie znali.

I właśnie wtedy chyba najlepiej było widać, co przez ten sezon udało się zbudować poza samym ściganiem. Powstały nowe znajomości, część z nich zdążyła już przerodzić się w przyjaźnie i jestem przekonany, że wiele z nich przetrwa znacznie dłużej niż tegoroczna klasyfikacja generalna. Wyścig był powodem, żeby się spotkać. Pięć wspólnie spędzonych weekendów zrobiło resztę.

Trochę żal, że to już koniec

Przed Augustowem pisałem, że będzie to dobre miejsce, żeby powiedzieć sobie „do zobaczenia”. Po wyścigu niczego bym w tym zdaniu nie zmienił. Kiedy przez kilka miesięcy regularnie spotyka się tych samych ludzi w kolejnych częściach Polski, ostatni etap rzeczywiście zaczyna przypominać zakończenie wspólnej podróży. Wiadomo, że następny sezon przyjdzie szybciej, niż dzisiaj się wydaje, ale tego konkretnego już nie da się powtórzyć.

Zostaną zdjęcia. W moim przypadku całkiem dużo zdjęć. Zostaną miejsca, do których wcześniej pewnie nigdy bym nie pojechał, i ludzie, których przed tym sezonem nie znałem, a z którymi teraz po prostu dobrze jest się spotkać. To chyba jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w fotografowaniu takich imprez: jadę zrobić zdjęcia z wyścigu, a wracam z czymś znacznie większym niż kolejny folder na dysku.

Z Augustowa zostanie mi widok na Jezioro Studzieniczne, mostek na Kanale Augustowskim, dwie motorówki i pierwszy w życiu widok człowieka ręcznie obsługującego śluzę. Zostanie Czarna Hańcza, zielone rośliny pod wodą i setki małych ryb. I zostanie wieczorne ognisko, kiełbasa, chleb ze smalcem oraz ludzie siedzący razem i wspominający sezon, którego kilka godzin wcześniej byli jeszcze uczestnikami.

Bo sezon się skończył. Znajomości nie.


o autorze

Paweł Waloszczyk

Twórca portalu, absolwent Politechniki Śląskiej który zamiast pisać o tym co zrobić by sprzęt rowerowy był lepszy, co robił przez ostatnie lata, postanowił sam się za to zabrać. Pasjonat nowych technologii i materiałów. 

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl