Thule RoundTrip MTB 70L. Torba, która została moją mobilną szafą
Po obu stronach obiektywu
Thule zrobiło torbę, która podczas wyścigowego weekendu potrafi sprawdzić się po obu stronach obiektywu. Dla kolarza RoundTrip MTB 70L może być po prostu miejscem na cały zestaw potrzebny przed startem i po zejściu z roweru: kask, buty, ochraniacze, rękawiczki, okulary, ubrania na zmianę i całą resztę drobiazgów, które zwykle zaczynają żyć własnym życiem gdzieś pomiędzy bagażnikiem samochodu, boksem serwisowym i namiotem. U mnie jej rola jest trochę inna, bo na zawody nie jadę się ścigać. Jadę robić zdjęcia.
Do torby trafia więc kask motocyklowy, trzy komplety ubrań, w tym pełny zestaw motocyklowy, para butów, dwie czapki i kilka par okularów. Brzmi jak sporo, ale doświadczenie nauczyło mnie, że podczas pracy na wyścigu zapasowe ubrania niekoniecznie są przesadą. Kilka par okularów pewnie już można za taką uznać, ale mam słabość do swoich Oakleyów i zwyczajnie dobieram je do reszty garderoby. Tak już mam. Nie oceniajcie.

Na zdjęciu zabrakło kosmetyczki i czapek ale uwierzcie mi że się mieszczą jeszcze bez problemu. I inne rzeczy też. Za to ze schowka na buty zapomniałem do zdjęcia wyciągnąć parasola, który tam sobie leży na spodzie.
Kilka lat temu podczas Tatra Road Race jechałem z Michałem, jednym z moich zaprzyjaźnionych Marshalli. Michał nie tylko świetnie jeździ na motocyklu. Podczas tamtego wyścigu wyprowadził nas zresztą z naprawdę potężnych tarapatów, kiedy uciekaliśmy w dół przed rozpędzonym peletonem kolarzy. Poza tym jest triathlonistą, więc rowery zdecydowanie nie są mu obce. Wszyscy je kochamy, tylko jak to z miłością bywa, każdy trochę inaczej. Michał jako triathlonista jeździ na zupełnie innych rowerach niż ja, ale podczas tego jednego wspólnego dnia na trasie pracowało nam się naprawdę świetnie.
Kilkanaście kilometrów przed metą dopadło nas oberwanie chmury i taka ulewa, że po chwili nie miałem na sobie ani jednego suchego elementu garderoby. Na szczęście w samochodzie czekał kompletny drugi zestaw, łącznie z butami. Mogłem więc w hotelowej toalecie rozebrać się do rosołu i przebrać od stóp do głów. Wtedy cały ten zapas woziłem rozrzucony po kilku torbach. Dzisiaj mieści mi się w jednej, a miejsca zostaje jeszcze na znacznie więcej rzeczy.

70 litrów to dopiero początek
Pojemność to jednak tylko połowa historii. Producent przewidział kilka wyjmowanych przegród, a boki wnętrza podzielił na szereg miejsc, w których można je mocować. Dzięki temu nie jesteśmy skazani na jeden fabryczny układ komór. Wnętrze można poukładać praktycznie od zera, zależnie od tego, czy danego dnia wieziemy kask, kilka par butów i ochraniacze, czy, jak w moim przypadku, duży kask motocyklowy i znacznie bardziej rozbudowany zestaw odzieży.
RoundTrip jest przy tym bardzo sztywny, ale nie jest to zasługa jednego prostego usztywnienia. W bocznych ściankach znajduje się coś w rodzaju bardzo sprężystego pręta lub drutu. Przy otwartej torbie pomaga utrzymać jej kształt, natomiast podczas zamykania ugina się razem z konstrukcją. Górna część działa jeszcze inaczej. W obu połówkach, które po rozpięciu rozchylamy na boki, można wyczuć sztywne paski biegnące w pobliżu zamka błyskawicznego, dokładnie pod uchwytami transportowymi.

Efekt jest znakomity. Po całkowitym rozsunięciu zamka i odchyleniu obu połówek torba pozostaje szeroko otwarta, niemal jak kufer. Nic nie opada do środka i nic nie próbuje za chwilę zamknąć się z powrotem. Przy pakowaniu ma to większe znaczenie, niż można przypuszczać. Mogę odejść do szafy po kolejną rzecz, wrócić po chwili i nadal mam przed sobą całą otwartą przestrzeń. Nie muszę za każdym razem walczyć z materiałem, odginać klapy i ponownie szukać dostępu do wnętrza.
Przegrody, które naprawdę dzielą wnętrze
Przegrody są wyraźnie usztywnione, więc po zamocowaniu naprawdę dzielą wnętrze na osobne komory i nie składają się pod naporem rzeczy. Ich końcówki oddzielono od głównej części w taki sposób, że można je zgiąć pod odpowiednim kątem i wprowadzić w przygotowane po bokach torby szczeliny. Następnie całość blokujemy napami umieszczonymi w również sztywnych elementach mocujących. Dzięki temu przegroda po założeniu siedzi bardzo stabilnie i nie ma tendencji do przesuwania się. Napy wchodzą z wyraźnym, mocnym klikiem i po zapięciu nic nie sprawia wrażenia prowizorycznego ani przypadkowego.

Dwie przegrody mają po obu stronach siatkowe kieszenie, a trzecia jest bardziej rozbudowana. Oprócz siatek oferuje dodatkowe miejsca na drobiazgi, na przykład gogle czy okulary w etui. Zamiast zwykłych ścianek dzielących przestrzeń dostajemy więc kolejne organizery i możemy wykorzystać także powierzchnię samych przegród.
Kieszeni jest więcej, niż początkowo pamiętałem
Z kolegami z pracy mamy zwyczaj przywożenia magnesów z różnych miejsc, w których byliśmy. Ostatnio podczas Orient Gravel w Gołdapi zauważyłem w recepcji hotelowej, że można je tam kupić. Kupiłem jeden, torbę miałem przy nogach, więc rozsunąłem pierwszy pasujący zamek, wrzuciłem magnes do środka i zapomniałem o sprawie.
Po powrocie zacząłem go szukać. Przekopałem główną komorę, kolejne kieszenie i nic. Przez chwilę byłem przekonany, że gdzieś go zgubiłem, ale potem przyszła myśl, że przecież to niemożliwe, skoro pamiętałem moment, w którym wkładałem go do torby. Zacząłem więc otwierać wszystko po kolei. Magnes znalazł się w końcu w schowku, w którym Thule umieściło matę do przebierania i zmiany butów. Zwyczajnie zapomniałem, że taki schowek w ogóle tam jest. Patodeweloperka robi dziś mniejsze mieszkania niż pojemność tej torby.
W tej samej komorze kryje się jeszcze jeden detal, który łatwo przeoczyć. Od strony torby niemal całą długość zajmuje duża siatkowa kieszeń. Można wrzucić tam ręcznik, szmatę, mokre skarpetki czy inne rzeczy, których po jeździe niekoniecznie chcemy mieszać z czystą odzieżą. W górnej części siatki znajduje się dodatkowo pętelka zaczepiana o niewielki trzpień, dzięki czemu po otwarciu klapy jej zawartość nie wypada na zewnątrz.

Na drugim szerokim boku torby znajduje się kolejna duża, zamykana kieszeń. Sama jest przepastna, a wewnątrz ponownie pojawiają się siatkowe organizery na mniejsze rzeczy. W klapie głównego otwarcia umieszczono jeszcze jedną, znacznie mniejszą kieszonkę na drobiazgi. Jest też bardzo duża zapinana na klamrę kieszeń, w której bez problemu lądują buty i parasol, a i tak zostaje jeszcze trochę wolnego miejsca.

Buty, błoto i pierwszy minus
I właśnie w tej części torby pojawia się pierwsza rzecz, którą sam chętnie bym zmienił. Duża, zamykana komora na buty znajduje się tylko po jednej stronie, podczas gdy jeden z krótszych boków pozostaje całkowicie niezagospodarowany. Spokojnie widziałbym tam drugi podobny schowek. Przy dwóch parach butów, wykorzystałbym go bez chwili zastanowienia. Możliwość oddzielenia obu par obuwia od czystej odzieży byłaby po prostu praktyczna. W sumie to by już były trzy pary butów, bo jedne wkładam do torby a drugie mam na nogach.

Komora na buty jest za to wyłożona czymś w rodzaju brezentowego materiału. Po wrzuceniu do środka mokrego albo zabrudzonego obuwia nie trzeba szczególnie przejmować się jej wnętrzem. Można je spokojnie przetrzeć na mokro, później na sucho i temat jest załatwiony. Przy sprzęcie, który regularnie ląduje gdzieś przy trasie, na parkingu albo w błocie, takie rozwiązanie ma znacznie więcej sensu niż efektowna, ale delikatna wyściółka.

Miękką wyściółkę znajdziemy za to tam, gdzie faktycznie jest potrzebna, czyli w miejscu przeznaczonym na gogle i okulary. Powinna dobrze chronić szkła przed zarysowaniami podczas transportu. Ja mam jednak trochę inne przyzwyczajenia. Każdą parę Oakleyów wożę osobno, we własnym etui, a do czyszczenia używam małego pędzelka fotograficznego i ściereczki z mikrofibry. Być może to lekka przesada, ale skoro wcześniej ustaliliśmy już, że dobieram okulary do garderoby, to chyba nikogo nie powinno to specjalnie dziwić.

RoundTrip nie jest też konstrukcją wodoodporną. Nie oznacza to oczywiście, że przy pierwszych kilku kroplach deszczu zawartość zacznie pływać, ale podczas porządnej ulewy nie zostawiałbym go przez dłuższy czas na zewnątrz. Przy moim sposobie użytkowania nie stanowi to większego problemu, bo torba najczęściej podróżuje w samochodzie, ale warto o tym wiedzieć.
Jakość bez zastrzeżeń
Jeśli chodzi o jakość wykonania, naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Materiały, zamki, uchwyty, napy i wszystkie pozostałe dodatki sprawiają wrażenie wykonanych z najwyższej półki. Nic nie wygląda tanio, nic po dotychczasowych wyjazdach nie wzbudza obaw, że za chwilę zacznie się pruć albo odpadać. Po prostu absolutny top i dokładnie taki poziom, jakiego oczekiwałbym od produktu Thule.
Bardzo lubię też khaki, w którym mam swoją torbę. Nie chodzi nawet o to, czy jest bardziej lub mniej praktyczne od czerni. Zwyczajnie dobrze wygląda, zwłaszcza kiedy wyciągam RoundTripa z samochodu ubrany w grube motocyklowe spodnie z Cordury, beżową bluzę i wojskowe buty przeznaczone do działań w warunkach pustynnych, mniej więcej w tym samym kolorze co góra. Podejrzewam, że niejedna osoba, która widziała mnie w takim zestawie na parkingu przed zawodami, mogła przez chwilę zastanawiać się, czy na pewno przyjechałem tam robić zdjęcia.

70 litrów trzeba później gdzieś przewieźć
Trzeba uczciwie powiedzieć, że RoundTrip jest dużą torbą również wtedy, kiedy przestajemy patrzeć na liczbę 70 litrów w specyfikacji i próbujemy załadować samochód. Na zawody najczęściej jeżdżę Volkswagenem Tiguanem. Auto z zewnątrz może wydawać się całkiem duże, ale jego bagażnik bardzo szybko sprowadza te wyobrażenia na ziemię. Kiedy wkładam tam RoundTripa, obok mieści się jeszcze mój duży plecak fotograficzny EVOC, który do małych też nie należy. Jestem jeszcze w stanie upchnąć mniejszy plecak foto tej samej marki, torbę z dronem i szelki z pasem foto. I właściwie na tym możliwości bagażnika chyba się kończą.

To chyba najlepszy sposób, żeby pokazać rzeczywiste gabaryty tej torby. 70 litrów daje ogromną swobodę podczas pakowania, ale później trzeba te 70 litrów gdzieś przewieźć. W moim przypadku bilans zdecydowanie wychodzi na plus, bo jedna duża torba zastąpiła kilka mniejszych, które wcześniej walały się po całym bagażniku. Tyle że RoundTrip nie jest czymś, co na koniec wciśniemy jeszcze w przypadkową szczelinę między innymi bagażami.
Moja mobilna szafa
Po kilku wyjazdach RoundTrip zaczął u mnie pełnić funkcję, której początkowo w ogóle nie zakładałem. Nie rozpakowuję go po powrocie do zera. Wyjmuję tylko rzeczy brudne, zużyte albo te, których akurat potrzebuję. Reszta zostaje na swoich miejscach i czeka na kolejny wyjazd. Kask, część ubrań, dodatki i różne drobiazgi mają już po prostu swoje stałe miejsce. Z czasem RoundTrip przestał być dla mnie tylko torbą. Stał się moją mobilną szafą.
Jest jednak wyjście dla tych, którzy po powrocie nie zamierzają urządzać w RoundTripie stałej garderoby. Po wyjęciu przegród torbę można częściowo spłaszczyć. Oczywiście z 70-litrowego RoundTripa nie zrobi się mała reklamówka, ale z dużego kufra powstaje coś na kształt sporego naleśnika, który znacznie łatwiej wsunąć za szafę, między meble albo schować w innym miejscu, gdzie rozłożona torba zwyczajnie by nie weszła. U mnie ta możliwość pozostaje raczej teoretyczna, bo moja mobilna szafa praktycznie cały czas jest umeblowana. Choć jej dni w obecnym układzie mogą być policzone. Kiedy wprowadzi się do mnie dziewczyna, mam dziwne przeczucie, że zaplanuje przemeblowanie moich szaf. Tej prawdopodobnie też.
Oczywiście 70 litrów nie jest studnią bez dna. Grube ubrania potrafią zjeść tę przestrzeń zaskakująco szybko. Mam dwie ulubione bluzy polarowe uszyte z materiału o dużej gramaturze, więc obie są naprawdę grube i nie widzę najmniejszego sensu wożenia dwóch naraz. Wolę zabrać jedną z nich, na przykład bluzę BLIZ, którą bardzo lubię, a do tego coś znacznie lżejszego i bardziej kompaktowego. To cienka bluza INONI z PrimaLoftu, którą darzę miłością niemal bezgraniczną. Jest lekka, ciepła i zajmuje tak mało miejsca, że na dobrą sprawę można byłoby ją upchnąć w kieszeni. Tylko po co, skoro mam 70-litrową torbę?
I właśnie bluza z PrimaLoftu jest jednym z elementów, które mieszkają w RoundTripie na stałe. Nie zastanawiam się przed kolejnym wyjazdem, czy ją zabrałem. Ona po prostu tam jest. Zamiast za każdym razem układać listę rzeczy od początku, mam gotową bazę, którą tylko uzupełniam zależnie od pogody i charakteru imprezy.
Szelki są. Ja ich nie potrzebuję
Z szelek pozwalających nosić RoundTripa jak plecak praktycznie nie korzystam. Nie są mi potrzebne, bo zwykle po wyjściu z samochodu wyglądam jak objuczony osiołek: jeden plecak na jednym ramieniu, drugi na drugim, a Thule biorę po prostu w rękę. Szelki w miejscu styku z ciałem są dość szerokie, ale jednocześnie cienkie i pod względem komfortu nijak nie mają się do tych z mojego fotograficznego EVOC-a. Tam są grube, solidnie wypełnione pianką, a cały plecak dodatkowo stabilizuje pas biodrowy. W RoundTripie możliwość założenia torby na plecy traktuję więc raczej jako awaryjny dodatek niż pełnoprawny sposób transportu.

RoundTripa niemal zawsze wożę samochodem, ale Thule pomyślało również o tych, którzy podróżują inaczej. W torbie znalazło się miejsce na dane właściciela. Przy wrzucaniu jej do bagażnika Tiguana jest mi to kompletnie obojętne, ale na lotnisku, w pociągu czy autobusie taki drobiazg nagle przestaje być drobiazgiem.
Czy warto?
RoundTrip MTB 70L nie jest tanią torbą i raczej nie ma sensu kupować jej po to, żeby raz na kilka miesięcy wrzucić do środka koszulkę, spodenki i buty. Cały pomysł zaczyna się bronić wtedy, kiedy naprawdę dużo podróżujemy ze sprzętem, na zawody zabieramy pół garderoby albo mamy dość kilku mniejszych toreb porozrzucanych po samochodzie. Wtedy te 70 litrów, możliwość dowolnego ustawiania przegród, ogromna liczba kieszeni i konstrukcja pozostająca szeroko otwarta podczas pakowania przestają być efektownymi punktami w specyfikacji, a zaczynają zwyczajnie ułatwiać życie.
Najbardziej brakuje mi drugiego zamykanego schowka na buty. Szelki plecakowe traktuję bardziej jako rozwiązanie awaryjne, a podczas solidnej ulewy torby nie zostawiałbym na zewnątrz. To jednak właściwie koniec mojej listy zastrzeżeń. Jakość wykonania jest znakomita, organizację wnętrza można podporządkować własnym potrzebom, a po kilku wyjazdach okazało się, że RoundTrip rozwiązał problem, którego wcześniej nawet specjalnie nie próbowałem rozwiązać.
W chwili pisania tego testu wersję w kolorze deep khaki można znaleźć za 509 zł, przy cenie regularnej 669 zł. Za pięćset złotych nadal nie jest to tani kawałek bagażu, ale patrząc na wykonanie, konstrukcję i to, ile mniejszych toreb potrafi zastąpić, cena przestaje wyglądać niedorzecznie. W moim przypadku najważniejsze jest jednak coś innego. Po powrocie z zawodów nie chowam RoundTripa do szafy. To RoundTrip jest szafą.
Dane techniczne
Thule RoundTrip MTB Duffel 70L ma pojemność 70 litrów, wymiary 71,5 x 40,5 x 31,5 cm i waży 2,3 kg. Wykonano ją z poliestru. Testowana wersja ma kolor deep khaki, a numer modelu to 3205537.
- test
- akcesoria rowerowe
- bike park
- Downhill
- DH
- Enduro
- mtb
- Torba na zawody
- Torba podróżna
- torba rowerowa
- RoundTrip MTB 70L
- Thule
- Thule RoundTrip MTB

komentarze