​Wahoo zmienia strategię. Nowy model abonamentowy ma być odpowiedzią na ekosystem Garmina

Wahoo przez długi czas miało bardzo prostą propozycję. Kupowałeś licznik, dostawałeś licznik i właściwie na tym kończyła się historia. Urządzenie miało dobrze rejestrować jazdę, prowadzić po trasie, współpracować ze smartfonem i bez większych komplikacji przekazywać dane do innych platform. Dla wielu użytkowników właśnie ta prostota była jedną z największych zalet Wahoo, szczególnie w czasach, kiedy część konkurencji zaczynała zamieniać licznik rowerowy w centrum całego treningowego świata.

Garmin poszedł w przeciwnym kierunku. Licznik stał się tylko jednym z elementów znacznie większego systemu obejmującego zegarki, trening, obciążenie, regenerację, historię aktywności i analizę kondycji. Użytkownik może pojechać na rowerze, pobiegać, zrobić trening siłowy, założyć zegarek na noc, a następnie otrzymać z tego wszystkiego jeden obraz swojej aktywności. Wahoo przez długi czas nie miało podobnej odpowiedzi, dlatego najnowsza zmiana strategii firmy jest czymś znacznie większym niż zwykła korekta cennika.

Wahoo wprowadza trzy poziomy korzystania ze swojego ekosystemu. Firma chce zachować podstawową funkcjonalność bez dodatkowych opłat, jednocześnie zaoferować płatną analizę treningową oraz rozbudować najwyższy pakiet o SYSTM i kolejne narzędzia treningowe. Wahoo próbuje więc wejść dokładnie tam, gdzie Garmin zbudował już bardzo mocną pozycję, ale robi to na własnych zasadach.

Trzy poziomy korzystania z Wahoo

Podstawowy poziom pozostaje bezpłatny i tutaj dla obecnych użytkowników nie dzieje się nic szczególnie rewolucyjnego. Po zakupie licznika nadal można korzystać z aplikacji Wahoo, planować trasy, nawigować, rejestrować przejazdy, udostępniać aktywność oraz analizować podstawowe dane po treningu. Dla osoby, która potrzebuje przede wszystkim dobrego komputera rowerowego, nowa strategia nie oznacza konieczności wykupywania abonamentu.

Zmiana pojawia się dopiero wtedy, kiedy użytkownik chce wykorzystać dane treningowe znacznie szerzej. Wahoo Core kosztuje 4,99 dolara miesięcznie albo 49,99 dolara rocznie i został pomyślany jako poziom dla osób, które nie potrzebują pełnego środowiska treningowego SYSTM, ale chciałyby otrzymać bardziej zaawansowaną analizę własnej formy. W pakiecie znajdują się między innymi analiza wydolności, monitorowanie obciążenia treningowego oraz obserwowanie zmian zachodzących w czasie.

Jeszcze wyżej znajduje się Wahoo Pro, którego cena wynosi 17,99 dolara miesięcznie lub 179,99 dolara za rok. Ten wariant obejmuje również SYSTM, czyli platformę treningową rozwijaną przez Wahoo od czasów The Sufferfest. Użytkownik otrzymuje dostęp do treningów strukturalnych, planów treningowych oraz materiałów dotyczących treningu siłowego, mobilności, jogi, regeneracji i przygotowania mentalnego. W praktyce jest to więc oferta skierowana już nie do kogoś, kto chce po prostu lepiej analizować swoje przejazdy, ale do osoby traktującej platformę jako element regularnego procesu treningowego.

Foto Wahoo

Wahoo zaczyna patrzeć również na biegaczy

Istotnym elementem nowej strategii jest rozwój funkcji wykraczających poza kolarstwo. Wahoo wprowadza system Three Dimensional Pace, określany jako 3DP, który został zbudowany według podobnej filozofii co stosowany w kolarstwie Four Dimensional Power.

4DP jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów treningowego podejścia Wahoo. Zamiast sprowadzać możliwości kolarza do jednej wartości FTP, system analizuje kilka obszarów wydolności, między innymi zdolności neuromięśniowe, możliwości beztlenowe, maksymalną moc tlenową oraz moc progową. Dzięki temu profil zawodnika ma być bardziej szczegółowy niż w przypadku oparcia całej analizy na jednym parametrze.

3DP przenosi podobne podejście do biegania. W tym przypadku analiza opiera się między innymi na tempie progowym, maksymalnym tempie tlenowym oraz możliwościach beztlenowych. Wahoo chce w ten sposób stworzyć profil biegacza, który będzie można wykorzystać do oceny wydolności, obciążenia treningowego i zmian zachodzących wraz z kolejnymi jednostkami.

Sama koncepcja jest interesująca, ponieważ pokazuje zmianę sposobu myślenia Wahoo. Firma nie chce już ograniczać się do kolarza korzystającego z licznika na kierownicy. Problem polega na tym, że w przeciwieństwie do Garmina Wahoo nie ma własnego zegarka sportowego, który mógłby dostarczać danych z biegania, snu czy regeneracji.

Foto Wahoo

W tej układance pojawia się COROS

Wahoo znalazło rozwiązanie tego problemu poprzez współpracę z COROS. Obie firmy umożliwiły wymianę danych pomiędzy swoimi platformami, dzięki czemu zegarek COROS może dostarczać informacji dotyczących aktywności pozarowerowych i regeneracji, a użytkownik Wahoo nie musi rezygnować z dotychczasowego sprzętu.

To rozsądny ruch, ponieważ pozwala Wahoo rozszerzyć zakres danych bez budowania od podstaw własnego zegarka. Jednocześnie powstaje sytuacja, która może być dla firmy kłopotliwa z biznesowego punktu widzenia. Użytkownik Wahoo korzystający z urządzeń COROS ma już dostęp do Training Hub, który pozwala analizować trening i historię aktywności bez konieczności wykupywania kolejnego abonamentu Wahoo.

W efekcie Wahoo znajduje się w dość nietypowej sytuacji. Z jednej strony buduje własną płatną platformę analityczną, a z drugiej współpracuje z firmą, która daje jego użytkownikom alternatywne środowisko do analizy danych. To sprawia, że wartość nowego poziomu Core będzie musiała zostać bardzo dobrze uzasadniona.

Foto Coros

Największy problem Wahoo ma właśnie tutaj

Cena 49,99 dolara rocznie nie jest szczególnie wysoka, jeśli użytkownik rzeczywiście korzysta z oferowanych funkcji. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zaczynamy porównywać je z tym, co użytkownik otrzymuje bez dodatkowej opłaty w Garmin Connect.

Garmin od wielu lat rozwija swoją platformę jako uzupełnienie urządzeń, a nie jako osobny produkt, za który trzeba płacić co miesiąc. Historia treningów, obciążenie, trendy kondycji i wiele innych danych są częścią ekosystemu, który użytkownik otrzymuje wraz z urządzeniem. Wahoo chce teraz pobierać opłatę za część funkcji odpowiadających właśnie za ten poziom analizy.

To nie oznacza automatycznie, że Wahoo podjęło złą decyzję. Firma ma przecież własne rozwiązania, których Garmin nie oferuje w identycznej formie. 4DP jest jednym z nich, a SYSTM ma własną historię i własną grupę użytkowników, którzy wybierają tę platformę nie dlatego, że potrzebują kolejnego wykresu, ale dlatego, że odpowiada im sposób prowadzenia treningu.

Różnica jest jednak zasadnicza. Za Pro użytkownik płaci za konkretną usługę treningową, której Garmin Connect nie zastępuje wprost. W przypadku Core trzeba już bardziej szczegółowo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego za analizę danych warto zapłacić Wahoo, skoro podobne funkcje można znaleźć w innych środowiskach bez dodatkowej opłaty.

Wahoo nadal ma kilka mocnych kart

Sprowadzanie nowej strategii do próby kopiowania Garmina byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Wahoo nie próbuje przecież stworzyć kolejnej wersji Garmin Connect, tylko rozbudować własne podejście do treningu.

4DP jest tego dobrym przykładem. Dla zawodnika, który przez lata korzystał z profilu Wahoo i planował trening na podstawie jego charakterystyki, przejście na inną platformę może nie mieć żadnego sensu tylko dlatego, że jest bezpłatna. Wartość może wynikać z jakości samego modelu treningowego i z tego, jak użytkownik potrafi wykorzystać jego dane.

Podobnie wygląda sytuacja z SYSTM. To nie jest po prostu baza wykresów i historii aktywności, lecz kompletne środowisko treningowe. Dla osoby regularnie korzystającej z treningów strukturalnych, materiałów wideo, ćwiczeń siłowych czy pracy nad mobilnością abonament może być uzasadnionym wydatkiem.

Wahoo ma więc coś, czego nie powinno tracić podczas próby budowania własnego ekosystemu. Jest to pewna odrębność od Garmina, która przez lata była jednym z powodów wyboru tej marki.

Foto Wahoo

Czy Wahoo nie komplikuje czegoś, co było jego siłą?

Największa zmiana dotyczy więc nie samego licznika, lecz sposobu myślenia o całym produkcie. Wahoo przez długi czas mogło powiedzieć użytkownikowi, że kupuje urządzenie i otrzymuje prosty, przejrzysty system, który dobrze robi to, do czego został stworzony. Teraz oferta zaczyna przypominać strukturę znaną z wielu innych usług cyfrowych, gdzie podstawowa funkcjonalność pozostaje dostępna bez opłat, natomiast bardziej zaawansowane możliwości trafiają do kolejnych poziomów abonamentu.

Z punktu widzenia firmy jest to logiczne. Oprogramowanie, serwery, analiza danych i rozwój platformy kosztują, a użytkownik korzystający z tych usług przez wiele lat może generować dla producenta znacznie większą wartość niż osoba, która kupiła licznik i korzysta z niego wyłącznie do rejestrowania przejazdów.

Z punktu widzenia użytkownika sprawa wygląda jednak inaczej. Kolarz kupujący licznik za kilkaset euro może uznać, że urządzenie powinno już zapewniać pełny dostęp do własnych danych i ich analizy. Szczególnie wtedy, gdy konkurencja proponuje podobną funkcjonalność w ramach ceny urządzenia.

Wahoo musi więc znaleźć granicę pomiędzy rozwijaniem ekosystemu a odbieraniem użytkownikowi wrażenia, że po zakupie sprzętu zaczyna się kolejna seria rachunków.

Walka przenosi się z kierownicy do aplikacji

To jest chyba najważniejszy element całej zmiany. Rynek liczników rowerowych coraz mniej przypomina rywalizację polegającą wyłącznie na porównywaniu wielkości ekranów, czasu pracy baterii, liczby pól danych czy jakości nawigacji. Sprzęt pozostaje niezwykle ważny, ale coraz większa część przewagi producentów powstaje po zakończeniu jazdy.

Dane zaczynają być produktem samym w sobie. To na ich podstawie można analizować obciążenie, obserwować rozwój formy, planować kolejne treningi i łączyć aktywność kolarską z innymi dyscyplinami. Garmin zbudował wokół tego bardzo rozbudowany system, a Wahoo próbuje stworzyć własną odpowiedź, korzystając przy tym z partnerstwa z COROS i rozwijając własne rozwiązania takie jak 4DP oraz 3DP.

Dla użytkownika oznacza to zmianę pytania, które powinien zadawać sobie przed zakupem urządzenia. Nie wystarczy już sprawdzić, który licznik ma lepszy ekran, dokładniejszą nawigację albo dłużej działa na baterii. Trzeba również sprawdzić, co producent zrobi z danymi po zakończeniu treningu i ile będzie kosztowało korzystanie z tych możliwości przez kilka kolejnych lat.

Wahoo wyraźnie chce wejść na ten poziom rywalizacji z Garminem. Ma do tego kilka mocnych argumentów, szczególnie w obszarze treningu i analizy wydolności, ale jednocześnie stawia przed sobą trudne zadanie. Użytkownik musi zobaczyć różnicę pomiędzy tym, co dostaje bezpłatnie, a tym, za co ma zapłacić. W przypadku Pro łatwiej ją wskazać, ponieważ SYSTM jest konkretną usługą treningową. W przypadku Core argument musi być znacznie mocniejszy, ponieważ konkurencja w postaci bezpłatnych platform jest już bardzo duża.

I właśnie dlatego najbliższy czas pokaże, czy Wahoo rzeczywiście buduje własny ekosystem, który może stać się alternatywą dla Garmina, czy tylko dokłada kolejną warstwę usług do bardzo dobrego sprzętu, który przez lata bronił się przede wszystkim prostotą.


o autorze

Piotr Szafraniec

Kolarz, kucharz, akrobata. Dwukrotny Mistrz Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym.

Powiązane posty


komentarze

Powiązane treści

kontakt

velonews.pl
  • ,
  • redakcja(USUŃ)@(USUŃ)velonews(USUŃ).pl